MAŁGORZATA KAROLINA PIEKARSKA

pisarka, dziennikarka

All you need is love

Śpiewali Beatlesi a 20 lat później Zdrowa Woda nuciła Nie bój się miłości. Bo tak naprawdę jest to uczucie, o którym każdy marzy… Kiedy zbliżały się „Walentynki” ja od was dostałam masę walentynkowych życzeń (dzięki!), ale też i próśb: „trzymaj kciuki, by mi ktoś przysłał walentynkę” albo: „ja go kocham, ale on mnie to chyba nie. Nie wiem czy jak wyślę, to się nie ośmieszę”. Niestety „w tym cały jest ambaras, żeby dwoje chciało na raz” – jak pisał w „Słówkach” Boy-Żeleński. Jednak ostatnio wraz z pierwszymi powiewami wiosny moje myśli krążą nie tyle wokół uczuć, ale wokół muzyki z nimi związanej. Zauważyliście, że nie tylko miłosne piosenki kojarzą nam się z tym uczuciem? Może dzieje się tak dlatego, że miłość nie jedno ma imię? A może dlatego, że u każdego nazywa się inaczej?

Dla mnie pierwsza „miłosna – niemiłosna” piosenka nosiła tytuł Wielkie nic i śpiewała ją Budka Suflera. W tych czasach był to hit, a mnie się wydawało, że ja jestem takim wielkim nic niegodnym jego spojrzenia. On zresztą wcale nie patrzył. Był starszy, na imię miał Maciek, lat 15 i już się golił, a ja miałam lat 12 i zero nadziei na piersi. Dzisiaj on jest gruby, łysy i „lekko” przepity… Potem była Mama Genesis, szkoła średnia i kolega z klasy Rafał…. Doskonale pamiętam jak czekałam, którą pozycję na trójkowej liście Niedźwiedzia zajmie Mama i mówiłam sobie, że jak pierwszą to Rafał zadzwoni albo przyjdzie. Dzisiaj się z tego śmieję, a pół roku temu, kiedy gadałam z Rafałem akurat radio zagrało ten utwór… Jego komentarz był krotki: „no taaaak!” Nie musieliśmy więcej mówić, choć być może dla każdego z nas ta piosenka ma dziś kompletnie inne znaczenie.

Moja kumpela Joanna powiedziała, że dziwi się, że ktoś może jako miłosny prezent podarować komuś Sepulturę. Ja się tam nie dziwię! Sama dostałam Metallicę i Offspring.

Bardzo mi się podoba, że często wraz z miłością przychodzą do nas nowe sympatie muzyczne. „Słucham Anathemy, bo on to strasznie lubi” – napisała Magda. „Kocham teraz Korn, bo to ulubiona kapela Kaśki. I pomyśleć, że kiedyś wolałem Fanatic” – cytat z Wojtka.

Natomiast martwi mnie, że czasem odrzucamy czyjeś uczucia tylko ze względu na muzykę. Nie wierzycie pewnie co? Ale Tomek napisał: „wydawała mi się całkiem fajna, ale okazało się, że słucha Piaska…” A i inne tego typu rzeczy wyczytałam w wielu waszych listach. Czemuż to czego słuchamy ma być wyznacznikiem, czy warci jesteśmy głębszych uczuć? To już o wiele poważniejszy problem niż ocenianie ludzi po ubraniu.

Powiedzcie mi co ja na przykład mam zrobić? Będąc u swojego ukochanego w Stanach wpadł mi pod biurko zegarek. Wlazłam tam na czworakach i … znalazłam skrzętnie przede mną ukrywaną kasetę Top One. Najpierw facet nosi jakiś kretyński amerykański dres, że się znajomi śmieją, a teraz jeszcze to! Mam więc powiedzieć: „Sorry Darek. Wiesz… jednak cię nie kocham. Nie ważne, że jesteś dzielny, mądry, dobry, czuły, że czuję się przy tobie bezpiecznie… Słuchałeś kiedyś Top One, a ja z takim kimś nie mogę dzielić życia.” Tak?

Czy naprawdę fajny człowiek to jedynie fan Nirvany? Czy wierzycie w to, że słowa „więcej się z nią nie umówię, bo to obciach chodzić z fanką Kukulskiej” są rozsądne?

Mój kumpel Adam napisał do mnie ostatnio „miłość to kompromis pomiędzy wyobrażeniem a rzeczywistością”. Odpisałam mu: „kupuję to zdanie do Wzrockowiska!” Bo to tak jest, że „zgadzam się z przedmówcą!” („Rejs” sobie zacytuję, a co mi tam!) Zgadzam się z poetą, bardem, artystą Adamem! Wyobrażenie to jedno, rzeczywistość to drugie i trzeba wypośrodkować!

Przysłała mi czytelniczka opowiadanie, które chce wysłać na konkurs w pewnej gazecie. Opowiadanie było o szukaniu ideału mężczyzny, a kończyło się stwierdzeniem, że coś takiego nie istnieje. Toż samo z ideałem kobiety! Zaczyna się od tego, że ta jedyna nie lubi Slayera i nie cierpi filmów wojennych, a kończy na tym, że wkurza ją, gdy … zostawiasz w WC podniesioną deskę. I to drugie jest w pewnym momencie bardziej wkurzające, zwłaszcza że łatwiej o dwa magnetofony niż dwie łazienki.

Owszem fajnie jest kiedy się słucha tej samej muzyki. Ale wierzcie mi… nie jest to gwarancją sukcesu związku! Gdy rozstawałam się z byłym mężem, wzamian za wolność oddałam połowę płytoteki. Wielu płyt przez to nie mam. Pamiętam je, brzmią mi w uszach, ale nie w wieży Hi-Fi! Do dzisiaj odkupiłam jedynie połowę haraczu i śmieję się, że gdyby mój eks był dresiarzem nie musiałabym rozstawać się z żadną z płyt. No… może z kasetą Fanatic, którą kupił mi w ramach dowcipu na Mikołajki. Jest to jedyna kaseta jaka mi pozostała po małżeństwie z facetem, który słuchał tej samej muzyki.

Nie twierdzę, że należy wiązać się na zasadzie; ja – hip-hopowiec ona – jazzmanka, ale … czym jest kompromis? Można posłuchać dla świętego spokoju i Type O Negative i Piaska i Johna Coltrane`a. Byleby z tego nie robić przymusu. Tak jak nie da się nikogo zmusić do miłości, tak nie namówi się do słuchania z „nabożeństwem w oczach” czegoś, co po prostu mu nie pasuje. A to, że ma inną wrażliwość muzyczną wcale nie oznacza, że nie wart jest uczuć.

I może o tym właśnie trzeba myśleć wiosną, gdy na ławkach pełno zakochanych par, a nam świat wali się na głowę, bo jesteśmy samotni zaś ci, którzy się nami interesują słuchają syfiastej muzy. Może warto zamiast myśleć: „I już zawsze będę sama” (Aniu! Nie będziesz!) wejść na muzyczną ścieżkę kompromisu… na przykład… radio. Tam jest wszystko!

COGITO 7/2000 (131)

Print Friendly