MAŁGORZATA KAROLINA PIEKARSKA

pisarka, dziennikarka

08/2017 – Prawie koniec dzieciństwa, czyli odeszła epoka

Podobno dzieciństwo kończy się nie wtedy, gdy stajemy się dorośli, ale wtedy, gdy umierają nasi rodzice. To na pewno prawda, ale nie cała. Dla namiętnych czytelników książek dzieciństwo trwa dłużej, a kończy się bardzo powoli wraz ze śmiercią autorów, na których twórczości się wychowywali.

Mnie kończyło się powolutku już kilka razy. Najpierw w liceum wraz ze śmiercią Adama Bahdaja (†1985 – m.in. „Podróż za jeden uśmiech”, „Stawiam na Tolka Banana”), potem już na studiach wraz ze śmiercią Zbigniewa Nienackiego (†1994 – cykl książek o Panu Samochodziku) i Hanny Ożogowskiej (†1995 – m.in. „Głowa na tranzystorach”, „Tajemnica zielonej pieczęci”), a następnie Tove Jansson (†2001 – cykl książek Muminkach), Astrid Lindgren (†2002 – „Dzieci z Bullerbyn”, „Fizia pończoszanka”) i Miry Jaworczakowej (†2009 – „Jacek, Wacek i Pankracek”, „Oto jest Kasia”). Teraz, 2 sierpnia br. zmarła Wanda Chotomska.

Myślę, że nie do końca zdajemy sobie sprawę z tego, ile wniosła nie tylko do naszej literatury, ale i kultury.

Rok temu, przy okazji pracy nad moim portalem genealogicznym, przegrywałam z kaset magnetofonowych na pliki mp3 stare nagrania zrobione przez mojego nieżyjącego już tatę. Na jednym z nagrań mam niecałe 4 lata. Piskliwym, niewyrobionym głosem śpiewam:

„Czarne wrony czarno kraczą
w czarnych barwach widzą świat.
I na próżno im tłumaczą
mądrzy ludzie już od lat.”

Niemal wykrzykując po chwili:
„Czarne przegrywa,
kolor wygrywa,
w kolory grajmy dziś.
W jabłka z jabłonek,
w skrzydła biedronek
w każdy zielony liść.
I jeszcze te zboża, znad Wisły i Odry
i słońce, co mówi nam dzień dobry!”.

Piosenkę Gawędy, zespołu harcerskiego, który mi jako dziecku bardzo imponował, pamiętam do dziś. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że autorką słów jest Wanda Chotomska. A to ona napisała dla nich także m.in. piosenkę „Kundel bury” oraz „A ja mam psa” – uwielbiane przeze mnie, dziewczynkę marzącą o własnym czworonogu. Nie wiedziałam również tego, że to ona stworzyła „Jacka i Agatkę”, choć myłam się mydłem „Jacek i Agatka” (w obiegu były takie w czerwonej, żółtej i niebieskiej etykiecie), używałam szamponu „Jacek i Agatka”, a być może moja mama smarowała mnie takąż oliwką. Dziś jednak nawet spytać nie mam już kogo, bo rodziców od prawie 20 lat mi brak. Gdy jako kilkulatka zaczynałam przygodę z filatelistyką Poczta Polska wypuściła serię znaczków z polskimi bajkami. Na czterech znaczkach znalazły się: smok Telesfor z programu „Pora na Telesfora”, „Bolek i Lolek”, „Reksio”, a także właśnie „Jacek i Agatka”.      To Agatka dała imię znakowi drogowemu oznaczającemu przejście dla pieszych, z którego dzieci często korzystają.

Wanda Chotomska dała jednak nam, polskim dzieciom, wiersze w „Misiu”, „Świerszczyku” czy „Płomyczku”, a przede wszystkim ponad 200 książek. Ja chowałam się m.in. na takich jak: „Dzieci pana astronoma”, „Opowieść o arrasach”, bo tata, jako historyk sztuki kupował mi wszystko to, co mogło dziecko związać z muzeum. Były też w mojej biblioteczce „Wiersze pod psem”, które przez długie lata musiały mi zastąpić posiadanie prawdziwego własnego czworonoga, bo mama była przeciwna trzymaniu psa w bloku na trzecim piętrze bez windy. Było też „Dziesięć bałwanków”, były i „Koziołki Pana zegarmistrza”. Te oryginalne pierwszy raz na własne oczy zobaczyłam dopiero jako studentka historii sztuki, ale to dzięki bajce w uszach mi brzmiało:

„Wszedł Zegarmistrz na wieżę,
słowa więcej już nie rzekł,
nie jadł, nie spał i nie pił,
wziął wskazówki – przyczepił,
wziął godziny – przymierzył,
zrobił zegar na wieży.
Zrobił zegar z kozłami,
co się bodą rogami.
A o której? W południe,
gdy na mieście najludniej.”

Tak, jak ilekroć wsiadam do samolotu nucę: „Ja mam ciocię w samolocie” i od razu raźniej mi lecieć.

Chotomska towarzyszyła też mojemu synowi. Pierwszą dobranocką jaką pozwoliłam obejrzeć urodzonemu w 1993 roku Maćkowi była bajka o „Pingu” (kiedyś myślałam, że skandynawska, ale okazało się, że szwajcarska). Bohater – mały pingwinek nie wypowiadał nawet jednego słowa. Były tylko dźwięki i akcja. Gdy bajka kończyła się maluch wpadał w czarną rozpacz. Tak strasznie płakał, że co tydzień mieliśmy dylemat, czy włączać telewizor, czy może jednak nie. I nagle… z pomocą przyszła Wanda Chotomska. W 1996 roku wydawnictwo Egmont opublikowało dwie książeczki o przygodach Pingu. Obie z jej wierszami i oryginalnymi ilustracjami z dobranocki. To był szał! Do dziś całe fragmenty bajki „Pingu i foka” oraz „Pingu i przyjaciele” znam na pamięć, bo każdą z nich musiałam czytać na głos co najmniej raz dziennie. Pamiętam też moment, kiedy kupiłam te książki i niezwykle uradowana pokazałam w pracy. Było to w jednej z redakcji pism młodzieżowych. Pracująca tam wówczas młoda i bezdzietna dziewczyna przygotowująca skład zajrzała do środka, przeczytała kawałek i krzyknęła: „Ta Chotomska chyba oszalała! Co za bzdury dla tych dzieci wypisuje!” I zaczęła czytać na głos fragment wiersza o tym, jak Pingu rozbił beczkę i postanowił z jej klepek zrobić sobie narty mówiąc:

„Narty z klepek to jest nowość,
model wart ze sto balonów.
O sto gwoździ się założę,
że to będzie gwóźdź sezonu.”

„Co za bzdury – grzmiała koleżanka. – Skąd dziecko ma wiedzieć co to gwóźdź sezonu?! Co za model wart sto balonów! Ta baba nie zna się na dzieciach!” Tymczasem to właśnie Chotomska miała rację. Dzięki jej książkom dziecko poznawało różne związki frazeologiczne i popularne powiedzonka. Trzylatek nie pytał o co dokładnie chodzi. Treść bajki rozumiał, a powiedzonka przyjmował i sobie utrwalał. Pytania o ich dokładnie znaczenie przychodziły z wiekiem.

Maciek miał 10 lat, gdy w jego książeczkach o Pingu (trochę pogiętych i z plamami kakao) pojawiły się autografy Wandy Chotomskiej. Przygotowywałam film z okazji stulecia Ireny Jurgielewiczowej, a Wanda Chotomska zgodziła się opowiedzieć do kamery o starszej koleżance. Postanowiłam więc wykorzystać okazję. Dzięki temu wiem, że na pewno każdy dostawał „swój” wierszyk od pisarki. Mojemu synowi napisała:

„Maćkowi kłaniają się wszystkie
foki i pingwiny,
a ja przesyłam pozdrowienia
dla całej Rodziny.”

Kiedy jako pisarka trafiłam do Agencji Autorskiej „Autograf” Gabrysi Niedzielskiej zaczęłam częściej jeździć na spotkania autorskie. Bywało, że jechałam „szlakiem Wandy”, bo ona była tam np. kilka dni przede mną. Zawsze słuchałam cudownych anegdot ze spotkań. Szczególnie zapamiętałam jednak historię jak obie ugrzęzłyśmy tego samego dnia na peronach dworców. Ja z powodu zderzenia pociągów w dużych Katowicach ona z powodu spóźnienia w Gdyni, w której wtedy był nieczynny dworzec. Gabrysia zadzwoniła do PKP z prośbą o pomoc. Powiedziała, że na peronie siedzi zziębnięta Wanda Chotomska. I nagle znalazło się ciepłe pomieszczenie u zawiadowcy stacji, a także gorąca herbata i kanapki. Wszystko przygotowali polscy kolejarze, dla autorki, na której się wychowywali. A kto tam zaglądał i dowiadywał się, że to Chotomska siedzi to od razu autograf brał.

Wanda Chotomska miała niezwykłą łatwość rymowania. Miała też dowcip. My – autorzy związani z Agencją – często powtarzaliśmy sobie historyjki o tym, jak parafrazowała polską klasykę. Pamiętam, że spłakałam się ze śmiechu z jej wersji „Rzepki” Juliana Tuwima, która brzmiała:

„Babcia za dziadka,
dziadek za rzepkę
i wyciągnęli
Grzesia Kasdepke.”

I tak myślę, że chociaż wraz z nią odeszła pewna epoka to moje dzieciństwo wciąż jeszcze trwa. I to nawet nie dlatego, że cały czas żyją jeszcze inne autorki, na których się chowałam, ale dlatego, że naprawdę „czarne, przegrywa, kolor wygrywa”, bo ta Chotomska jest wiecznie żywa, a jej książki ponadczasowe jak każda dobra literatura.

Małgorzata Karolina Piekarska

Magazyn Literacki “Książki” nr 8/2017

Print Friendly, PDF & Email