MAŁGORZATA KAROLINA PIEKARSKA

pisarka, dziennikarka

Dziecko to broń

Miałam więcej nie poruszać tematu Edyty Górniak. Bynajmniej nie ze strachu przed jej fanami, którzy za nazwanie ich idolki głupią wypisali o mnie pięć stron bzdur, a na koniec jeszcze obrzucili wyzwiskami i błotem, bo opinie niedojrzałych dyskutantów olewam z zasady. Po prostu jest tyle ciekawszych rzeczy do opisania, ale… Edyta sama pcha się w ręce, a raczej pod pióro.

Chodzi mi o zdjęcie, które zamieściła na swojej stronie internetowej. Dla niewtajemniczonych wyjaśniam, że na zdjęciu jest jej syn Allanek. Ma goły tyłek i leży we własnej rzadkiej kupie. Zdjęcie nosi podpis: “Cześć, paparazzi, to ja, Allanek. Mama ostatnio trochę się zdenerwowała, a ja miałem przez to problemy”.
Zdjęcie jest dołączone do listu Edyty do fanów. Z listu dowiedzieć się można, że Edycie nie dają spokoju paparazzi, ale nie tylko: “tym razem redaktor naczelny wynajął nie tylko paparazzich, ale również 2 samochody z jakimiś bandziorami, żeby w razie czego mogli nas pobić…” – napisała Edyta. I poinformowała również, że musiała “zdecydować się na policyjną eskortę i 24-godzinną obstawę. Niech teraz któryś podejdzie. Prawda, że brzmi to jak odcinek beznadziejnej telenoweli? A to tylko nasze codzienne życie”.
Któraś z gazet ustaliła, że policyjnej obstawy Edyta nie ma, ale dla mnie nie ma to znaczenia. Nie interesuje mnie również, czy rzeczywiście Edyta naśmieciła gdzieś tam pop-cornem. Szokuje mnie co innego, choć może nie powinno? Na stronie Edyta rozprawia się ze swoimi wrogami rękoma fanów, którzy na każdym, kto nie chwali ich ulubienicy, nie zostawiają suchej nitki. Ludzie ci robią to dobrowolnie, a nawet z wielką radością. Nie rozumiem jednak, jak można rozprawiać się z wrogami przy pomocy własnego ukochanego syna? Takiego, który ma kilka miesięcy i nie jest świadom tego, że służy matce jako narzędzie do walki z wrogiem. Mniejsza już z tym, czy jest to wróg rzeczywisty, czy wyimaginowany. Dziecko to nie instrument. To nie broń! Dziwię się, że w tym celu używa go kobieta, która mówi o sobie, że jest szczęśliwa, a ci, co ją osaczają, takimi nie są. Pisze o nich, że są to “ludzie, którzy zachowują się jak rozwścieczone psy, bandziory czy inne wybryki natury, są po prostu niewyobrażalnie nieszczęśliwi. (…) Zachowują się jak obłąkani, bo są odrzuceni, bo nic wielkiego dla nikogo nie znaczą. Bo nielubiane jest ich towarzystwo, bo mają nieudane związki. Pogubili się w swoich uczynkach, bo nikt przed snem ich nie przytula. Dlatego jest mi ich żal. Są prości w swoich umysłach i mają puste serca, a więc jak puste muszą być ich życia…?” A ja się pytam, czego pełne jest życie kobiety, która zamiast przytulać swojego sześciomiesięcznego synka, fotografuje go leżącego w kupie i publikuje to? I jaki jest jej umysł? Bo jej związek mnie nie interesuje.
Nie jestem psychologiem i nie rozpocznę tu długiej, psychologicznej analizy, jaki wpływ na przyszłe życie Allanka będzie miał fakt, że po sieci już na zawsze będzie krążyć jego zdjęcie, kiedy w tej nieszczęsnej kupie leży. W końcu nawet jeśli Edyta wycofa fotkę ze swojej strony, to jestem pewna, że już różni “życzliwi inaczej” zachowali ją na swoich twardych dyskach na tzw. lepsze czasy. Nie będę też analizowała bezmyślności fanów zachwyconych postępowaniem swojej idolki. Te podpisy, że “wreszcie się paparazzi odpierd…” napisane wersalikami krzyczą ze strony internetowej Edyty i same w sobie są świadectwem jakiegoś totalnego zaślepienia miłośników twórczości artystki. Wszyscy uważają, że Edyta we wspaniały sposób za pomocą zdjęcia Allanka nasrała na dziennikarzy. I są najwyraźniej z tego dumni! Rzeczywiście, paparazzi zostali obsrani przez Edytę. Ale nie jej własną kupą.
Teraz pewnie się odezwą głosy, że to zdjęcie jest dla paparazzich i niepotrzebnie się nim zajmuję. Ale… cóż z tego, że nie śledzę Edyty, nie podglądam, nie podsłuchuję, a o szokującym zdjęciu Allanka zawiadomili mnie czytelnicy? Jestem nie tylko dziennikarzem, ale i matką. I właśnie jako matka jestem w szoku.
Pomijam, że nie bardzo wierzę w istnienie takiej liczby paparazzich, o jakiej pisze Edyta. Ale niech będzie, że są, że okupują jej dom, że siedzą wokół niego na drzewach i szpiegują każdy jej krok. Walczyć z nimi trzeba własnymi rękoma, a nie za pomocą tyłka i kupy niemowlęcia. Ale cóż… by dostać prawo jazdy, trzeba zdać egzamin, by dostać się na scenę, trzeba pokazać, że umie się śpiewać, i tylko do tego, by zostać rodzicem, nie trzeba wykazać się niczym. A szkoda.

COGITO 18/2004 (226)

Print Friendly, PDF & Email