MAŁGORZATA KAROLINA PIEKARSKA

pisarka, dziennikarka

Spod skrzydeł

Aśka pisze rozpaczliwe listy o tym, że rodzice traktują ją jak małą dziewczynkę. Że w tym roku skończyła 18 lat, że niczego to w jej życiu nie zmieniło. Że nie może się doczekać, kiedy zaczną ją traktować poważnie. Kiedy uwierzą, że jest dorosła. Nie jest sama.
Takich listów jak ten od Asi dostaję wiele. Przypomniałam sobie o tym, bo dopiero co przeczytałam kilka wywiadów z Agnieszką Chylińską. O nadopiekuńczości. I to bynajmniej nie swoich rodziców.
Uwielbiam Chylińską. Oczywiście tak jak uwielbia się artystkę o fajnym głosie, ekspresji, piszącą nietuzinkowe teksty. Pamiętam nasze pierwsze spotkanie, a także następne. Zawsze ciepło mówiła o swoim ojcu. Równie ciepło o chłopakach z O.N.A., których traktowała jak starszych braci. Rok temu O.N.A. rozpadło się. Agnieszka założyła swój zespół. Teraz ukazała się pierwsza płyta, a ona udziela wywiadów (również dla “Cogito”). Opowiada, jak doszło do rozpadu O.N.A. i powstania grupy Chylińska. Opowiada o braku samodzielności i traktowaniu jej przez zespół jak małej dziewczynki. Skąd my to znamy, co? Powiało Aśką. Prawda? Dla swoich rodziców zawsze jesteśmy dziećmi. Bez względu na wiek. Agnieszka była dzieckiem dla kolegów z zespołu. Mimo że w tym czasie zdołała wyjść za mąż, czyli… założyć rodzinę. Teraz się rozwodzi. I choć jest to kolejny krok, świadczący o tym, że nie mam do czynienia z dzieckiem, to jednak…
Nie tak dawno znajoma opowiadała mi, jak jej koleżanka z pracy zwierzała się, że ma kłopoty z synem, który jest taki biedniusi. Operowano mu jąderka. Znajoma myślała, że mowa jest o – góra – siedmioletnim brzdącu. Ku jej zdumieniu do zakładu pracy w odwiedziny do matki przyszedł blisko trzydziestoletni mężczyzna. Owszem, jąderka operowano mu, ale ponad ćwierć wieku temu. I to właśnie dlatego jest do dziś malutkim synkiem mamusi.
Wiele razy pisałam, że byłam jedynaczką, dzieckiem dość wiekowych rodziców. To sprawiało, że byli czasem nadopiekuńczy. Gdy miałam 19 lat, rodzice odzyskali dom po prababci. Gdybym wtedy nie uparła się zostać sama na starym mieszkaniu, za cenę niedojadania i biedy, pewnie byłabym bardzo niezaradna życiowo. Stało się jednak tak, jak się stało. Nie wyprowadziłam się z nimi. Początkowo myśleli, że zmięknę. A ja… bez mebli i żarcia przetrwałam. Pracowałam, studiowałam i choć było czasem bardzo ciężko, dałam radę uwolnić się spod nadopiekuńczych skrzydeł, nie tracąc przy tym z nimi psychicznego kontaktu. Miałam przy tym i szczęście, i pecha. Pecha, że to ja zostałam na starym mieszkaniu. W miejscu, gdzie sąsiedzi znali mnie jeszcze jako dziewczynkę z wiaderkiem w ręku. To sprawiało, że często dzwonili na skargę do moich rodziców. Informując ich nie zawsze zgodnie z prawdą o moim nagannym prowadzeniu się. Szczęście zaś miałam takie, że spadło mi z nieba mieszkanie, o którym nigdy wcześniej nie śniłam, bo przemiany 1989 roku były czymś, czego nikt nie przewidział. Zaś na to, by kupić mi własny kąt, rodziców nigdy nie było stać. Dlatego nie wiem, jak poradziłabym sobie, gdyby przyszło mi mieszkać z rodzicami jak owemu biedniusiowi z trzydziechą na karku, któremu operowano jąderka. Nie wiem też, co zrobiłabym na miejscu Aśki. Pewnie podobnie bym się wściekała. Nie ma jednej rady na to, jak poradzić sobie z nadopiekuńczymi rodzicami. Bo co człowiek, to przypadek. Co rodzina, to historia. Oczywiście ktoś może powiedzieć, że są i wyrodni rodzice. Na przykład przytaczana już nie tylko przeze mnie pani Wiśniewska – matka Gwiazdora, ale przecież wiadomo, że… przegięcie w żadną stronę nie jest dobre. Mój znajomy z dzieciństwa zabił ojca nożem, bo ojciec (notabene pijak, ale to już inna historia) ingerował w jego życie. Ostatnio zaś w redakcji telewizyjnej odebrałam telefon od chłopaka, który jest po chorobie Heinego i Medina. Matka wywalczyła dla niego odszkodowanie z tytułu choroby, ale zagarnęła dla siebie. Jemu nie dała nic i gdy skończył osiemnaście lat, wywaliła z domu. Tak też się zdarza. Na szczęście trochę rzadziej. Jednak to, że rodzice całe życie traktują nas jak dzieci potrzebujące pomocy, jest normą. Lepiej i dla nas, i dla nich jest mieć tego świadomość. A przeciwstawiać się nadopiekuńczości i udowadniać dorosłość, robiąc swoje, a nie chwytając za noże lub włócząc się po sądach.
Z historii O.N.A.: Chylińska – Śmieszy mnie jedna rzecz. Otóż, jeszcze kilka lat temu sam Skawiński opowiadał, jak to jego mama powiedziała do niego: “Grzesiu, Grzesiu, kiedy ty się ustatkujesz. Wziąłbyś się za jakąś porządną pracę.” Bo dla niej to, czym zajmował się syn, czyli granie w zespole, było jakąś fanaberią. A Grzegorza ta słowna ingerencja matki w jego życie strasznie drażniła.

COGITO 8/2004 (216)

Print Friendly, PDF & Email