MAŁGORZATA KAROLINA PIEKARSKA

pisarka, dziennikarka

2018/03 – Po co nam obce języki, czyli literatura w oryginale

Byłam dzieckiem, kiedy zorientowałam się, że literatura w oryginale to coś innego niż literatura w przekładzie. Miałam 8 czy 9 lat i uczyłam się angielskiego. Miałam prywatną nauczycielkę – panią Iwonę, która dwa razy w tygodniu przychodziła do mnie na prywatne lekcje. Pewnego dnia rozmawiałyśmy na temat starego kanonu „Panie Janie”, bo ona uczyła mnie angielskiej wersji. Wtedy nie wiedziałam rzecz jasna, że to późnośredniowieczna pieśń związana z pielgrzymkami do grobu św. Jakuba w Santiago de Compostela. Zresztą… po polsku kanon brzmi:

Panie Janie! Panie Janie!
Rano wstań! Rano wstań!
Wszystkie dzwony biją,
Wszystkie dzwony biją,
Bim, bam, bom, bim, bam, bom.

Z kolei po angielsku:

Are you sleeping, are you sleeping,
Brother John, brother John,
Morning bells are ringing
Morning bells are ringing
Ding ding dong, ding ding dong.

I choć w obu jest różnica (pomijając bim bom i ding dong), bo w polskiej wersji mowa jest o… panu i wszystkich dzwonach, w angielskiej o bracie i dzwonach porannych, na dodatek w angielskiej jest pytanie (czy śpisz), a w polskiej – rozkaz (wstań!) to w żadnej nie ma mowy o Jakubie. Te pojawiają się w wersjach w innych językach, o czym dowiedziałam się dużo później, gdy zaczynałam uczyć się francuskiego i niemieckiego. Jednak już wtedy, gdy nastąpiło to moje pierwsze spotkanie z tłumaczeniem stwierdziłam, że czasem dobrze jest znać inny język i wersję oryginalną i porównywać sobie.

Potem poznałam kilka języków, a znajomość niektórych udoskonaliłam do tego stopnia, że jestem w stanie czytać powstałą w nich literaturę. To wielka radość, ale i czasem… rozczarowanie. Czytanie literatury obcojęzycznej zaczynałam od… książek dla dzieci.

Pamiętam odkrycie wiersza Włodzimierza Majakowskiego „Co to znaczy dobrze i co to znaczy źle” w jakiejś książce do rosyjskiego. Czytałam to jako przedszkolak po polsku w tłumaczeniu Władysława Broniewskiego w pięknej książce z ilustracjami Jana Marcina Szancera odziedziczonej po stryju. Po latach przekonałam się, że oryginał był równie wspaniały, choć trochę inny, ale stwierdziłam jednocześnie, że Broniewski przetłumaczył wiersz po mistrzowsku, pozostając dla mnie do dziś najlepszym i niedoścignionym wzorem tłumacza rosyjskiej poezji.

Potem czytałam obcojęzyczne kryminały, a ponieważ jest to literatura, którą chcemy poznać do końca, by wiedzieć kto jest przestępcą, więc pozwala szlifować język. Równolegle czytałam poezję i znaną z polskich tłumaczeń klasykę. Pamiętam, że Arthur Conan Doyle i jego „Pies Baskervillów” w oryginalnej wersji wywarły na mnie ogromne wrażenie. To samo „Dr Jackyll i Mr Hyde” Roberta Louisa Stevensona, a „Portret Doryana Graya” Oskara Wilde’a sprawił, że zupełnie, jak to się mówi, „odleciałam”. Gdy potem wzięłam do rąk polskie tłumaczenie stwierdziłam, że nie ma w sobie tego uroku. Pamiętam, że jak przez śnieg brnęłam też przez „Alicję w krainie czarów” Lewisa Carrolla, którą w polskiej wersji dostałam w dzieciństwie na gwiazdkę. Niestety w oryginale okazało się, że to trudna lektura i prawie poległam przy wierszu „Jabberwocky”. Dopiero potem dowiedziałam się, że jest on znany w co najmniej 7 przekładach.

Mój syn kończy w tym roku studia licencjackie z filologii angielskiej, a co za tym idzie trzeci rok odkrywa anglojęzyczną literaturę. Rozmawiamy o niej często, a ja dzięki niemu dowiaduję się różnych ciekawostek. Ostatnio takiej, że „Ania z Zielonego Wzgórza” Lucy Maud Montgomery wcale nie mieszkała na żadnym zielonym wzgórzu tylko miała tak pomalowane wnętrze dachu swojego poddasza, na co w polskim języku nie ma odpowiedniego słowa. A ponieważ kiedyś Rozalia Bernsteinowa przetłumaczyła to jako wzgórze, więc potem tak już zostało. O „Kubusiu Puchatku” Alexandra A. Milne wiedziałam, że w oryginale jest dziewczynką Winniefredą, zaś chłopakiem uczyniła go Irena Tuwim, ale o zielonym wzgórzu nie miałam pojęcia.

Cóż… język polski też jest dla mnie czasem odkryciem. Niedawno znajomy językoznawca powiedział mi, że w powiedzeniu „wyskoczyć jak filip z konopi” chodzi o… zająca zwanego kiedyś filipem. Zaniemówiłam z wrażenia, bo zupełnie nie miałam pojęcia. A skoro język ojczysty potrafi tak zaskakiwać to co dopiero obce? Czytanie w oryginale zawsze przynosi jakieś niespodzianki.

Print Friendly, PDF & Email