MAŁGORZATA KAROLINA PIEKARSKA

pisarka, dziennikarka

2014 r. – Warszawa jest przez cały czas nieznana

Dlaczego Małgorzata Karolina Piekarska napisała varsavianistyczny kryminał o duchach? 

Małgorzata Karolina Piekarska – pisarka, blogerka, dziennikarka prasowa i telewizyjna, prezes Oddziału Warszawskiego Stowarzyszenia Pisarzy Polskich. Autorka książki. „Czucie i wiara”- varsavianistycznego kryminału o duchach.

Warszawa to przede wszystkim moje miasto rodzinne, z którym jestem bardzo związana emocjonalnie. Kiedyś pewien czytelnik z przekąsem zapytał mnie, za co kocham Warszawę. W pytaniu była niezwykła pogarda dla tego miasta. Nie mógł zrozumieć, że Warszawa to po prostu moja mała ojczyzna, a jak kiedyś powiedział Seneka: „Ojczyznę kocha się nie dlatego, że wielka, ale dlatego, że własna”. Warszawa to po prostu moja mała ojczyzna i nie umiem bez niej żyć. Dwa tygodnie poza Warszawą sprawiają, że gdy wracam z podróży, to się cieszę z tego, że wracam, jak kompletna wariatka.

W Warszawie lubię właściwie wszystko. Dlatego, że jest to miasto bardzo różnorodne. Jest tu metropolia, są tu małe miasteczka, a nawet wsie, jak np. Siekierki czy daleka część Młocin. Są parki, pola, lasy, woda i właściwie jak ktoś bardzo chce, to może nigdy stąd nie wyjeżdżać, bo znajdzie tu przekrój całej geografii świata. Nawet i górka się jakaś znajdzie i nie mam na myśli tylko Szczęśliwickiej.

W Warszawie nie lubię… No z tym jest problem. Ja w ogóle bardzo rzadko czegoś nie lubię. Wielu mówi, że nie lubi pośpiechu. Ale ja i ten pośpiech lubię. Miasto żyje szybszym rytmem, a wielkomiejski gwar i pośpiech są jego częścią. Nie mogę nie kochać tego pośpiechu, tak charakterystycznego dla tego miasta.

Prawdziwy warszawiak to taki, który kocha to miasto. Nie ma znaczenia gdzie się urodził i jak długo tu mieszka. Kocha – to jest warszawiakiem. Nie kocha – to żadne metryki mu nie pomogą. Sam siebie swoim stosunkiem do miasta już określa jako obcego. Domyślam się, że pytanie ma na celu nawiązanie do dyskusji o słoikach, ale wielkie miasto zawsze przyciąga przyjezdnych, więc słoiki to norma na świecie. Nie tylko w Warszawie.

Moje ulubione miejsce w tym mieście. Mam tych miejsc bardzo, ale to bardzo dużo. Kocham Żoliborz, bo tam się wychowałam. Moje dzieciństwo to kwadrat między Broniewskiego, Przasnyską, Krasińskiego i Elbląską, czyli Zatrasie. To dalsze kwadraty z Sadami Żoliborskimi, okolicami placu Wilsona, Inwalidów, Lelewela, Słonecznego, Henkla etc. Gdy przyjeżdżam na Żoliborz, szukam miejsc, w których kiedyś się bawiłam i z którymi łączą mnie silne wspomnienia. Kryjówki z dzieciństwa, randki z chłopakami, czy plotki z koleżankami. Także wypady rowerowe. Mam sentyment do Bemowa, bo właśnie tam w dzieciństwie jeździliśmy na rowerach podglądać przez krzaki startujące samoloty. Oczywiście na teren lotniska wdzieraliśmy się przez dziurę w siatce.
Uwielbiam Czerniaków i Sadybę. To miejsce dzieciństwa mojego Ojca. W parku, który dziś jest im. doktora Czesława Szczubełka, mam zdjęcie w wózku i zdjęcie na kolanach u prababci Karolci, po której mam drugie imię. Blok Sadyby Oficerskiej to blok, w którym mieszkała babcia Janina Piekarska. Byłam tam niedawno u jej dawnych sąsiadów odebrać fotografie, które znalazły się u nich w piwnicy. Po 40 latach szłam tymi samymi schodami, co kiedyś do babci i serce biło mi wprost niesamowicie. Czerniaków i Sadyba to także fort im. Jana Henryka Dąbrowskiego, w którym w czasie powstania warszawskiego mieściło się dowództwo batalionu Oaza, w którym walczył mój dziadek. A po wojnie tata walczył o powstanie tam oddziału Muzeum Wojska Polskiego i Muzeum Katyńskiego. Uwielbiam tam przyjeżdżać i oglądać samoloty, działa czy czołgi. Czerniaków to kościół pw. świętego Antoniego Padewskiego w parafii pw. Świętego Bonifacego, czyli prawdziwy szkielet w trumnie! Zawsze robił na mnie wrażenie. To jeden z najpiękniejszych barokowych kościołów Warszawy. Często pokazuję go znajomym. Jest też siłą rzeczy bohaterem jednego z rozdziałów mojej książki kryminalnej pt. „Czucie i wiara”, która ukaże się w maju nadchodzącego roku, a którą poświęciłam nowym legendom warszawskim. To za jego sprawą moim ulubionym architektem związanym z Warszawą stał się Tylman van Gameren, a fundator tego kościoła – Stanisław Herakliusz Lubomirski – stał się jedną z ulubionych postaci historycznych.
Na Mokotowie, którego częścią są Sadyba z Czerniakowem, jest też ulica Puławska – jedna z najdłuższych w Warszawie. Na tej ulicy w małym domku, który mam na obrazie, urodził się mój tata. Tu umarł mój pradziadek Antoni, którego tak, jakbym znała, bo zostało po nim kilka notesów wierszy i listów, więc świetnie wiem, jaki był. Zawsze o nim myślę jadąc Puławską i patrząc na miejsce, w którym stał dom, w którym umarł w 1922 roku. Patrzę też na kościół św. Michała, w którym była msza żałobna za jego duszę, a który wprawdzie został po wojnie zbudowany od nowa, ale dzwonnica nadal przy nim stoi.
Jadę i myślę, że jestem i Żoliborzanką i Mokotowianką i od ponad piętnastu lat Saskokępianką i to taką z dziada pradziada. Bo Saska Kępa gdzie mieszkam w domu po prababci też jest takim moim miejscem na ziemi.

Opowiedz o swojej Saskiej Kępie.

To jest klasyczne małe miasteczko. Z małomiasteczkowymi plotkami spowodowanymi wiedzą kto z kim i co robi. Jest też w cieniu metropolii. Kina nie ma, jak klasyczne małe miasteczko. Ma dom kultury, księgarnie, swoją elitę intelektualną i swoich meneli, którzy nadają Kępie kolorytu. Mam tu swoje ulubione knajpki.

Które?

Najczęściej bywam w Cafe Espresso na Rondzie Waszyngtona gdzie są domowe obiady. Lubię Fregatę na Międzynarodowej gdzie jest jak u mamy. Gdy żył jeszcze Pan Henio (teraz knajpkę prowadzi żona), to kiedy dowiedział się, że jestem bardzo chora, przysłał mi do domu pierogi i rosół. We Fregacie napisałam kilka książek. A swoje małe i duże sukcesy świętuję w Pikanterii na Walecznych, gdzie jest i kruszon i kwas chlebowy i domowe wino z czarnego bzu i „zboczone śliwki” i deska serów lub wielki półmisek mięs pod tytułem „towarzysze pomóżcie”, którym każdy się naje, jak, nie przymierzając, świnia. I jeszcze jest bardzo fajna atmosfera. Lubię też „Pstrąga” w Parku Skaryszewskim. Zresztą… zorganizowaliśmy tam z mężem wesele na koszt gości. Poszliśmy przed ślubem do właścicieli i powiedzieliśmy, że chcemy tu mieć wesele. Byli zaskoczeni, że pod chmurką i na koszt gości, ale wyjaśniliśmy, że takie wesele to dobry sprawdzian tego, kto nam dobrze życzy. My tylko prosimy, by niczego nie zabrakło. W efekcie bawili się z nami także zwykli parkowi goście, a właściciele z wdzięczności, że był tłum klientów podarowali nam butelkę Rakiji. Oboje z mężem lubimy tam przychodzić i powspominać.
Lubię też Ursynów, bo kojarzy mi się ze Stanisławem Bareją i jego serialami i patrzę na to przez pryzmat Balcerka, który wstydził się powiedzieć „Natolin”. I mogłabym tak jeszcze wymieniać i wymieniać…

Jeśli nie Warszawa to… góry. Marzę, by kupić domek w górach, by mieć samotnię do swobodnego pisania. Koniecznie drewniany. Niestety to górskie miejsce, które podoba mi się najbardziej, czyli Kotlina Kłodzka, jest od Warszawy potwornie daleko. Najbliższe góry od Warszawy to Świętokrzyskie, a one, choć bardzo piękne, to jednak tego czegoś nie mają. Pozostaje więc jazda w bliższe miejsca, w których gór nie ma. Ogromnym sentymentem darzę Radziejowice, gdzie w pałacu Krasińskich spędziłam całe dzieciństwo. Teraz takie chwile spędzam w Oborach gdzie jest (na razie jest) Dom Pracy Twórczej im. Bolesława Prusa, a ja jako członek Stowarzyszenia Pisarzy Polskich mam tam zniżki i mogę sobie zarezerwować pokój, pojechać i spokojnie pisać. Co chętnie robię, gdy tylko mam czas.

Jak narodził się pomysł napisania warszawskiego kryminału o duchach?

Pomysł powstał dość dawno podczas tworzenia cyklicznego programu telewizyjnego „Detektyw Warszawski, czyli na tropie miejskich tajemnic”. Tylko wtedy jeszcze nie wiedziałam, że będzie o duchach. Chciałam napisać książkę, w której byłoby o takich codziennych-niecodziennych rzeczach z Warszawy. Chodzimy koło nich i nie zastanawiamy się na przykład nad tym, ze miasto upamiętnia nie tylko żyjące, ale i fikcyjne postaci. Wszystko nabierało realnych kształtów dość powoli. Nieżyjący już reżyser Tomasz Zygadło pokazał mi kiedyś przystanek tramwajowy na Targówku. Powiedział, że to jest fascynujące, że jest przystanek, choć tramwaj nie jeździ, bo torów jest tylko kilkadziesiąt metrów. Pojechaliśmy tam nawet i zrobiłam wtedy pierwsze zdjęcia przystanku. Tomek powiedział, że chciałby zrobić o tym fabularyzowany dokument. Żeby rzecz zahaczała o lata 20-te i wszystko tak się wiązało w całość, by ludzie wierzyli, że to prawda i tylko wybitni intelektualiści i znawcy tematu wiedzieli, że są to po prostu tzw. „jaja”. Tomek pokazał mi wtedy swój film „Prawdziwa historia guźca”, w którym opowiadał o tym guźcu, który kiedyś uciekł z ZOO. Świetne to było. Gdy profesor Janusz Stanny na plakacie ze zdjęciem Arnolda Schwarzeneggera z gołą klatką piersiową zrobił na tej klacie Arnolda kilka kresek flamastrem i powiedział, że to jest ukryty symbol guźca, w podświadomości rozpoznawany przez kobiety jako coś atrakcyjnego i dlatego ta klata Arnolda je fascynuje, mało nie spadłam z krzesła. Tomaszowi udało się nakłonić, by największe autorytety mówiły niezwykle poważnie rzeczy, które on sam wymyślił. I tak pod wpływem tego, co zobaczyłam w filmie o guźcu, wizyty na przystanku tramwajowym na Wysockiego, szperaniu w źródłach itd. napisałam „Tajemnicę przystanku tramwajowego”. Ten rozdział opublikowałam już po śmierci Tomasza, bo w styczniu 2013 roku na swoim blogu. Ku memu zdumieniu tekst (wraz z przedrukami etc.) przeczytało do dziś ponad 400 tys. czytelników. Wielu pisało do mnie wierząc, że to… prawdziwa historia, bo przecież pomnik jest i przystanek też jest! Ponieważ wtedy też odezwał się do mnie portal Targówek.info, który, zafascynowany pomysłem, uznał go za świetną promocję dzielnicy i spytał o zgodę na przedruk opowiadania, więc wróciłam do pierwotnego zamysłu stworzenia książki ze zmyślonymi legendami o miejscach, które codziennie mijamy. Duchy zrodziły się później, ale dość szybko i w sposób naturalny. Uznałam, że zjawiska paranormalne zawsze ludzi fascynowały. Nawet, jak nie wierzymy w duchy i szukamy dla jakichś zjawisk logicznego wytłumaczenia, to też jest to jakaś próba oswojenia ducha, a więc dopuszczanie go do nas. A duchy to się same proszą, by zrobić z nimi kryminał.

Twoja książka „Czucie i wiara” składa się z kilkunastu rozdziałów. Każdy z nich został poświęcony innej dzielnicy, innemu okresowi historii miasta czy historii Polski. Czy podczas szukania informacji do poszczególnych części powieści odkryłaś coś zaskakującego o Warszawie?

Ustalmy najpierw jedno. Mnie generalnie jest trudno zaskoczyć i zadziwić. Mam takiego kumpla, nota bene jednego z bohaterów tej książki, którego ulubione powiedzenie brzmi: „od kiedy pierś teściowej wkręciła się w wyżymaczkę nic mnie nie zadziwi”. Mnie niewiele dziwi jeśli idzie o Warszawę. Nie dziwią mnie fakty, historie, dramatyczne losy miasta i jego mieszkańców i tak dalej. Jeśli już cokolwiek mnie dziwi to fakt, że Warszawa jest cały czas nieznana dla nas – mieszkających tutaj. Robiąc tzw. kwerendę gadałam z dziesiątkami varsavianistów, przewodników miejskich i historyków i każdy coś wiedział o mieście, czego nie wiedział ktoś inny. Napisano o tym mieście setki książek, a nadal nie da się jednemu człowiekowi pomieścić w swojej głowie całej wiedzy o tym mieście. Mało tego! Umysł choć ma ogromne możliwości, gdy jakiejś wiedzy nie używa, to ją spycha w głąb i potem trzeba ją z niego wydobywać niemal widłami. Ja tak z różnych ludzi wydobywałam to widłami, bo pytałam o rzeczy, które napisali 30 lat temu i specjalnie dla mnie musieli sobie pewne fakty przypominać.

Jesteś autorką bloga genealogicznego o rodzinie Piekarskich. Dlaczego postanowiłaś zająć się historią swoich przodków?

To są rzeczy, które mnie od zawsze ciekawiły i ja się zawsze tym zajmowałam. Teraz tylko zrobiłam z tego portal. To się wzięło z prostych dziecięcych myśli, co było przed nami i co będzie po nas. Z analizy sensu pewnych popularnych powiedzeń i bon motów. Na przykład: „Nie było nas – był las. Nie będzie nas – będzie las.” Albo: „Gdy gaśnie pamięć ludzka – dalej mówią kamienie.” Gdy byłam mała, ciągle analizowałam, aż do bólu głowy, po co jest świat i po co jest człowiek. Chyba jako nastolatka doszłam do przekonania, że jest to inteligentny rodzaj wirusa, który niszczy planetę i samego siebie. Ponieważ przez wieki wmawiano nam, że człowiek to brzmi dumnie, że Bóg stworzył człowieka na swój obraz i podobieństwo, więc we mnie to analizowanie człowieczeństwa sięgało do korzeni. Chciałam przestać czuć się, jak wirus. Stąd konieczność odpowiedzenia najpierw samej sobie na pytanie – kim jestem i czemu taka jestem. Kiedy doszłam do wniosków, że prawdą jest, że wpływ na nas mają wychowanie, środowisko, ale i… geny, to naturalne się stało, że chciałam zobaczyć co mam po swoich przodkach w tych genach. Które cechy po nich odziedziczyłam. Oczywiście porównywałam najpierw twarze – te cechy zewnętrzne. Pamiętam, że dokonane w wieku nastu lat odkrycie, że nie mam w sobie nic z pięknej prababci Karolci z Przybytkowskich Adamskiej, a sporo z brzydkiej praprababci Stanisławy Anny Sabiny z Gorczyckich, było bolesne. No, ale ważne są też te cechy wewnętrzne. Ich wspólnotę z przodkami odkryć trudniej. Pierwsze odkrycie przyszło jakoś na początku liceum, gdy czytałam „Quo vadis”. Czytałam egzemplarz, który należał do pradziadka Antoniego Adamskiego. W książce były naniesione przez niego ołówkiem komentarze, a na końcu napisane: „Przeczytałem i nie raz zapłakałem”. Komentarze były dla mnie fascynujące, a fakt, że ja też płakałam przy „Quo Vadis” sprawił, że już wiedziałam, że ten pradziadek i ja mamy ze sobą jakieś wspólne cechy. Potem, gdy miałam 19 lat, „odkryłam” listy ze szkoły morskiej w Tczewie Zbigniewa Piekarskiego, czyli brata mojego dziadka Bronisława. Zbyszek był niezwykle wrażliwy. Czytając listy ja się z nim „zaprzyjaźniłam”. No i miał talent literacki i literackie zapędy. Została po nim jednoaktówka, kilka wierszy i te niesamowite listy. Powiesił się mając 19 lat w szkole morskiej, bo zakochał się w mojej babci Janinie z Adamskich Piekarskiej, a jego rodzony brat, czyli wspomniany mój dziadek Bronisław, się z nią żenił. To jest też temat mojej książki „Dziewiętnastoletni marynarz”. Ponieważ wtedy otarłam się o Karola Olgierda Borchardta, a także o postaci historyczne, więc uświadomiłam sobie, że każdy jest zakorzeniony w historii, bo tworzą ją nawet zwykli ludzie. Borchardt zresztą znał z opowieści szkolnych historię tragicznej śmierci mojego stryjecznego dziadka. Potem nadeszły inne odkrycia.

A jak się zrodził pomysł na sam portal?

Gdy zostałam zupełnie sama z małym synem, to rodzinne papiery z masą listów pisanych przez jednych przodków do drugich były moimi jedynymi prawdziwymi przyjaciółmi. Poznałam dobrze swoje prababki, pradziadków i powinowatych. W chwilach, gdy życie dało mi w kość, te twarze patrzące ze ścian przestały być dla mnie anonimowe. Zaczęły żyć we mnie, a ja wyobrażałam sobie, co by mi poradzili, gdyby żyli naprawdę i gdybym ich o tę radę spytała. Kiedyś napisałam do jednej z gazet na walentynki artykuł o miłości mojego pradziadka Antoniego Adamskiego i prababci Leokadii Karoliny z Przybytkowskich. Wiedziałam o nich dużo, bo pozostał po obojgu plik listów. Gdy poznałam mojego męża Zacharjasza Muszyńskiego, który jest z zawodu aktorem, on przeczytał ten artykuł i powiedział, że chciałby z tego zrobić monodram. Udało nam się to w 2013 roku. Mąż dostał na to stypendium artystyczne z Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego. I wystąpił na scenie w roli mojego pradziadka Antoniego Adamskiego w spektaklu „Listy do Skręcipitki”. Okazało się wtedy, że listy, które mnie potwornie wzruszały, wzruszyły i jego i reżyserkę Małgosię Szyszkę. Pamiętam moment, kiedy mój mąż strasznie szlochał w kuchni. Ja tam wpadam spytać co się stało, a on przygotowywał ten ostatni akt, kiedy pradziadek nie może wrócić z wygnania do ukochanej Warszawy i pisze w liście: „Czyście się mnie tam wszyscy wyparli? Czasem mi się zdaje, że Polski nigdy nie zobaczę.” Zacharjasz siedział nad tym aktem i wchodził w rolę aż po prostu pękł. A przecież czytał to na wydruku. Ja czytałam oryginały, czyli pożółkły papier zapisany atramentem, który rozmazały łzy – prawdopodobnie mojej praprababci Emilii z Wróblewskich Adamskiej.
Od spektaklu była krótka droga do strony z blogiem. Po prostu Jolanta Adamiec-Furgał, która robi dla TVP taki program „Saga rodów” zobaczyła spektakl, a potem zaproponowała mi nakręcenie ze mną „Sagi rodu Piekarskich”. Ponieważ po nagraniu mieszkanie wyglądało jak po rewizji NKWD, bo wszystkie papiery były na wierzchu, więc stwierdziłam, że przed schowaniem ich – poskanuję. A jak poskanowałam, to postanowiłam upublicznić, by i inni mieli z tego jakiś pożytek. Czułam, że najpierw niektórzy znajomi traktowali mnie, jak wariatkę, ale z czasem, gdy portal zaczął zyskiwać czytelników zauważyłam, że to podejście do mnie i mojej „zabawy” się zmienia. Myślę, że prawie 150 tysięcy odwiedzin w ciągu roku dało niektórym do myślenia, bo to sporo, jak na taki niszowy projekt. A fakt, że za portal i publikacje dziękowali mi niektórzy historycy, bo mogli poszerzyć swoją wiedzę o jakieś dokumenty, jest dla mnie największą nagrodą.
W badaniu swoich korzeni, przodków, genealogii jest wiele fascynujących rzeczy. Ja lubię te, które uczą pokory. Po pierwsze zawsze w przeszłości wynajdziemy coś niefajnego. Ja nie tylko odkryłam to, że brat dziadka się powiesił. To, że Eligiusz Niewiadomski zabójca Gabriela Narutowicza był moim powinowatym, też nie było dla mnie nowością. Od zawsze patrzę na Zachętę przez pryzmat jego czynu. Natomiast odkryłam, że szwagier praprababci Stanisławy Anny Sabiny z Gorczyckich, a dziadek mojej ukochanej walecznej ciotki Steni z Ruszczykowskich Krosnowskiej, literat Antoni Skrzynecki, był pisarzem antysemickim. Pisał świetnie, ale ideologicznie nie jest to fajne. Napisał on m.in. książkę, która dla wielu jej czytelników nadal jest fascynująca. Publikowana była w odcinkach w gazecie, jak to zazwyczaj w XIX wieku. Nosi tytuł „Warszawa 2000”. Powstała w 1900 roku, a jej autor był jednym z pierwszych polskich pisarzy futurologów. W jego wizji Warszawa w roku 2000 jest miastem, w którym mieszka milion czterysta tysięcy Żydów i językiem urzędowym jest jidysz. Autor umarł w 1923 roku, więc nie przewidział holocaustu… Może opublikuję tę powieść w odcinkach na blogu? W końcu i tak prawa autorskie do niej dawno wygasły, a jakby nie wygasły, to i tak jestem jedynym spadkobiercą jego jedynej wnuczki. Tylko publikacja wymaga ręcznego przepisania z mikrofilmów. Ale jakby co, to chciałabym to zrobić z dobrymi historycznymi przypisami. Z rysem historycznym i szkicem o polskim dziewiętnastowiecznym antysemityzmie, którego się teraz tak często wypieramy.

Genealogia ma też aspekt krajoznawczy, który również uczy pokory. Zupełnie inaczej patrzę na Warszawę, od kiedy wiem gdzie konkretnie mieszkali moi przodkowie. Inaczej też patrzę na niektóre inne miasta, wsie, czy regiony Polski od kiedy wiem, kto z przodków co tam robił. Myśl, że byli, że żyli… no i że przeminęli, a my teraz chodzi po tych miejscach i nie jesteśmy świadomi nie tylko ilu ich było przed nami, ale jakie mieli plany, marzenia, ani nawet jak żyli, a za tym idzie prosta refleksja, że o nas też świat zapomni. To bardzo, ale to bardzo uczy pokory i sprawia, że świat np. celebrytów zachowujących się tak, jakby ich popularność miała być wieczna, śmieszy mnie chyba bardziej niż przeciętnego człowieka. Chciałabym odwiedzić te wszystkie miejsca związane z rodziną, ale im bardziej ją poznaję tym więcej tych miejsc… a życie jedno. Chcę się wybrać do Turku, gdzie urodził się mój trzy razy pra Józef Faustyn Gorczycki. Ostatnio przejeżdżałam przez Kalisz. Siostra mojej praprababci Jadwiga z Gorczyckich Tyblewska, której pamiętnik w odcinkach opublikowałam na portalu, opisywała spalenie Kalisza w 1914 roku. Przybycie tam sto lat później było wzruszające. A pani z Informacji Turystycznej Kalisza, kiedy powiedziałam po co przyjechałam i żeby mi na planie pokazała gdzie to jest, była wyraźnie zadowolona, że ktoś przyjechał w takim celu. A ja chciałam zobaczyć uliczki, którymi biegała Jadwiga. Chciałam zobaczyć jej dom. Przeznaczony jest do rozbiórki, więc refleksji uczących pokory było moc. Poszłam też zobaczyć jedyny ślad po Leonie Nieszkowskim bracie mojego pięć razy pra. Leon w tymże Kaliszu był w 1 połowie XIX wieku prezydentem. Był wyznania kalwińskiego (jak wszyscy Nieszkowscy) i ocalał jego grób na miejscowym cmentarzu. Leon był ojcem najpiękniejszej kaliszanki Pauliny Nieszkowskiej, która nie wiadomo jak wyglądała, ale przeszła do historii jako ta, z którą tańczył Fryderyk Chopin, o czym sam napisał w jednym z listów. Bratem jej ojca, czyli tegoż Leona Nieszkowskiego, był mój pięć razy pra – Stanisław. To z jego wnuczką Konstancją ożenił się wspomniany już Józef Faustyn Gorczycki – nota bene ojciec Jadwigi i mojej brzydkiej praprababci Stanisławy Anny Sabiny i Marii żony Antoniego Skrzyneckiego i jeszcze innych dzieci.

Ponieważ to jest wątek, który mogłabym długo ciągnąć, więc powiem tylko, że trzy historie (nie wiem czy mówić w kategorii „aż” czy „tylko” trzy) wzięte z moich „badań” genealogicznych stały się zalążkiem rozdziałów w książce „Czucie i wiara”. Wola i rodzinne groby kalwińskie Nieszkowskich – przenoszą nas do powstania styczniowego. Praga Południe i romans przekonanej o swoim wdowieństwie prababci Karolci z Przybytkowskich Adamskiej z kuzynem Leonem Piaseckim przenoszą w rok 1915, kiedy wysadzany w powietrze jest Most Poniatowskiego. A wspominany przeze mnie Antoni Skrzynecki i anegdota o nim jego wnuczki Steni, zaowocowały rozdziałem o Wilanowie, którego głównym bohaterem jest duch szacha perskiego. To jego po pałacu oprowadzał w 1886 roku Antoni Skrzynecki. Chciałam, by czytelnicy książki spojrzeli na miasto, jak na miejsce, które „nie takie rzeczy widziało”.

Jakie masz plany na najbliższy rok? Czego można Ci życzyć?

Chcę przede wszystkim skończyć trzecią część „Klasy pani Czajki”, czyli „Licencję na dorosłość”. I jeśli się uda „Siłaczy”, czyli ostatnią część trylogii kryminalnej dla gimnazjalistów, którą rozpoczęłam powieścią „Tropiciele”. W 2015 mają się ukazać moje książki „Czucie i wiara” nakładem wydawnictwa LTW, ale też „Kamerą i piórem” nakładem wydawnictwa Stopka. Mam nadzieję, że wszystko to się stanie zgodnie z planem. Chciałabym też nadal tak regularnie prowadzić swój portal genealogiczny. No i podołać obowiązkom prezesa Oddziału Warszawskiego Stowarzyszenia Pisarzy Polskich, bo zostałam wybrana, a to praca społeczna, zaś ta jak wiadomo zawsze jest jednak trochę niewdzięczna.

Jest jeszcze jedna rzecz. Dosłownie dwa dni temu okazało się, że mój mąż tym monodramem „Listy do Skręcipitki”, opartym o listy pradziadka do prababci wygrał Entrée, czyli festiwal teatralny w Chorzowie. Główną nagrodą jest półroczna współpraca i praca nad nowym spektaklem, którego scenariusz muszę stworzyć. Proszę mi życzyć, by mi na to wszystko starczyło siły.

Rozmawiała Małgorzata Chomicz-Mielczarek
22 grudnia 2014

źródło: http://oknonawarszawe.pl/blog/archives/6691

 

Print Friendly, PDF & Email