MAŁGORZATA KAROLINA PIEKARSKA

pisarka, dziennikarka

Gwiazdka z nieba

Jakiś czas temu napisała do mnie Dorota. Jej list dotyczył konkursu na tłumaczenie piosenki „Maybe” grupy BrainStorm. Dorota uważała, że nagrodzone przez nas tłumaczenie nie było ani wierne ani piękne. Odpisałam jej i wysłałam płytę, a po jakimś czasie otrzymałam kolejny list (publikowany zresztą na łamach „Cogito”), w którym Dorota napisała, że na płycie znalazły się autografy członków zespołu, bo „razem z FC BrainStorm, którego jestem vice prezeską pojechałyśmy na koncert zespołu w Zielonej Górze i tam spędziłyśmy z zespołem niezapomniane pół godziny.”

Czemu raptem znowu wspominam list Doroty? Bo napisała też do mnie Kaśka, która od zawsze marzyła, by poznać pewną polską gwiazdę i rozczarowała się. Kaśka poza autografem złożonym przez gwiazdę na podstawionej pod nos płycie nie otrzymała nic. A czego się spodziewała? Co chciała otrzymać?
Pisałam kiedyś o fanach rzucających się po koszulki Wilków, kradnących Urszuli pierścionki, a Muńkowi okulary przeciwsłoneczne. Oczywiście fajniej jest od idola samemu coś dostać. Jednak ten przeważnie ma dla nas autograf. Takie dziwne? Przecież w przeciwnym wypadku Muniek musiałby mieć fabrykę okularów, Robert Gawliński T-shirtów, a Urszula zakład jubilerski. Napisał też do mnie Kuba wielce rozczarowany tym, że rozmawiał z Kukizem, a ten go po pół roku nie pamiętał. Kuba zdziwił się. Od razu przypomniała mi się moja historia z Kayah. Było to jeszcze przed płytą „Kamień”. Zadzwoniła do mnie koleżanka, pracująca w jednej z wytwórni fonograficznych i powiedziała, że Kahay nagrywa dla nich płytę. Jest trochę zestresowana i boi się, że nie uda jej się przebić na rynek. Czy nie zrobiłabym z nią rozmowy do „Cogito”? Byłoby jej przyjemnie. Powiedziałam, że jasne i wybrałam się na wywiad. Mąż chciał jechać ze mną i poznać Kayah (chodziła do klasy z jego kumplem) więc zostawiliśmy Maćka karmionego jeszcze piersią pod opieką koleżanki. Ponieważ nie miałam wtedy samochodu, więc wsiedliśmy w tramwaj i z kilkoma przesiadkami dojechaliśmy na daleki wygwizdów do malutkiego studia nagrań. Gadałyśmy przeszło dwie godziny. Opowiedziała mi miliard rzeczy, a wraz z moim mężem obgadali wspólnych znajomych. Wreszcie na koniec dowiedziałam się, że Kayah zbiera kiecki z lat 70-tych. Obiecałam więc, że jak znajdę jakąś to dla niej przechowam. Dała mi swój domowy numer telefonu i zaprosiła do siebie w odwiedziny. Nie skorzystałam. Rozerwana między studiami, pracą i domem nie miałam czasu, choć udało mi się zebrać dla niej dwie sukienki do kolekcji a`la lata 70-te. Niestety jedna z koleżanek była szybsza i gwizdnęła je w czasie wizyty u mnie. Potem spotkałyśmy się z Kayah jeszcze kilkukrotnie: przy okazji programu muzycznego, który robiłam dla Warszawskiego Ośrodka Telewizyjnego, wielokrotnych zdjęć do Telewizyjnego Kuriera Warszawskiego, informatora kulturalnego „Co? Gdzie? Kiedy?” czy wreszcie podczas kolejnego wywiadu dla Cogito z okazji wydania płyty „Zebra”. Kiedy więc podczas mojego pobytu w Nowym Jorku zobaczyłam plakaty, że w polskim klubie EXIT gra Kayah zabrałam swoją drugą połowę i poszliśmy. Musiałam to zobaczyć. W końcu Kayah była tą z gwiazd, z którą spotkałam się chyba najwięcej razy. Na scenie wystrojona w dres reprezentacji Polski zebrała duże brawa. Zaczepiłam jej menagera Tomika, którego dość dobrze znałam, i oboje z Darkiem dostaliśmy się za kulisy. Chciałam zamienić z nią kilka słów. Chciałam, by opowiedziała o swoich wrażeniach z pobytu w Stanach i z koncertu dla Polonii. Może byłby z tego fajny materiał dla Cogito? Najpierw jednak musiałam poczekać, aż przyjmie kwiaty od fana, który przeprosił za spóźnienie, ale stał w trafiku. I wreszcie ja. Staję twarzą w twarz z Kayah i mówię „Cześć. Co za spotkanie! Nie wiedziałam, że akurat będziesz tu z koncertami”. A ona: „Ja cię znam!”. Mówię: „znasz, bo jestem Gośka Piekarska i spotkałyśmy się wielokrotnie.” Zaczęłam wymieniać przy jakichś okazjach, a im więcej mówiłam tym bardziej twarz Kayah była przerażona. Wreszcie zrozpaczonym głosem powiedziała: „Nie pamiętam cię! Twarz znam. Nazwisko też, ale w ogóle cię nie kojarzę! O Boże!” Mimo to pogadałyśmy chwilę. Jak to matki. O dzieciach. Była to bowiem jej pierwsza rozłąka z synem.
Nie miałam pretensji, że mnie nie pamiętała. Zresztą poza luką w pamięci była to ta sama Kayah co dawniej. A, że nie pamiętała mnie? Mój Boże! W końcu w jej życiu nastąpiło tyle zmian. Nagrała wiele płyt, w tym z Goranem Bregovicem, dostała własny program w TVN „To było grane”, a potem kontrakt z firmą obuwniczą na reklamy. Zaczęła żyć szybciej niż kiedyś, a każdy dzień niósł ze sobą nowe znajomości. Tak więc nie mam pretensji, choć przyznaję, że było mi trochę zwyczajnie i po ludzku przykro. Jednak to uświadomiło mi coś. Cztery wywiady do gazet, telewizyjny reportaż z Kayah w jednej z głównych ról, dwukrotnie spotkanie przy okazji robienia programu muzycznego i kilkakrotne moje przyjazdy z kamerą na podpisywania płyt, czy zaproszenia na koncert sprawiły, że Kayah zapamiętała moją twarz, nazwisko, ale nie osobę! I dlatego ja się pytam, czemu fan dziwi się, że po jednym spotkaniu, które wiąże się z podpisaniem płyty, czy uściśnięciem dłoni nie jest zapamiętywany? Gwiazdy codziennie spotykają kogoś kto je zna i prosi o podpis lub chce zamienić kilka słów. Jak mają tych ludzi spamiętać? Nie każdy ma dobrą pamięć! Mało tego! Artysta nie ma obowiązku pamiętać każdego komu dał autograf! Ma tworzyć i swoją twórczością dawać nam radość. Ale jak widać dla wielu z nas jest to za mało. Żądamy czegoś więcej. Czego? No właśnie! Chyba gwiazdki z nieba. Bo gdy zapytałam Kaśkę czego oczekiwała od swojej idolki to nie odpowiedziała.

COGITO 20/2002 (186)

Print Friendly, PDF & Email