MAŁGORZATA KAROLINA PIEKARSKA

pisarka, dziennikarka

2017/09 – Zdania na całe życie

Najwięcej pełnych zdań z literatury zostało mi w głowie z czasów dzieciństwa i okresu dojrzewania. Przyniosły mi je różne książki – czasem te dla dzieci, czasem te dla młodzieży a czasem te dla dorosłych. Bo różne są to zdania. Zabawne, poważne, natchnione, egzaltowane a czasem nawet i głupie, ale wszystkie łączy jedno. Myślałam o nich i opisywanych nimi sytuacjach wiele razy. Po prostu zapadały we mnie na dłuższy czas.

Wiele z nich pochodzi z książek Hanny Ożogowskiej. Np. to o stole do odrabiania lekcji: „A gdzie tu się przyciska?” spytali bohaterowie dziewczynkę, która miała do sprzedania stol do odrabiania lekcji. Gdy spytała „Jak to przyciska?” wyjaśnili: „Na przykład na rachunki?” Bo dla nich stół do odrabiania lekcji to coś jak „maszyna do liczenia”. Gdy czytałam książkę po raz pierwszy już wchodziły do powszechnego użycia kalkulatory elektroniczne. Myślałam więc o tym, że z jednej strony książka się zestarzała, bo „maszyna do liczenia” to nic takiego, ale z drugiej strony… czyż to lenistwo dzieci, którym nie chce się odrabiać lekcji nie jest ponadczasowe? Jak to bywało kiedyś? Jak uczyli się moi dziadkowie? Wtedy jeszcze nie miałam w ręku dzienniczków szkolnych mojej babci, z których wynikało, że orłem w szkole to ona nie była.

Z kolejnej książki Hanny Ożogowskiej pt. „Głowa na tranzystorach” na pamięć znam wypracowania jej bohatera Marcina Bigoszewskiego. Zwłaszcza to: „Do jakiej postaci historycznej chciałby być podobny”.

„Chciałbym być podobny do jakiegoś sławnego architekta. Może do tego, co budował Teatr Wielki i nazywał się Corazzi? I też wybudowałbym jakiś piękny budynek, aby przyozdobił naszą Warszawę.

Ale oprócz tego chciałbym wybudować wielki, wygodny dom dla ludzi, wysoki na piętnaście pięter. Z balkonami na ulicę i zaraz obok naszej szkoły. A kiedy ten dom byłby już gotów, stanąłbym na balkonie najwyższego piętra, poczekałbym, aż wyjdzie ze szkoły Maksio Paterek, i z piętnastego piętra naplułbym mu na głowę.”

Od zawsze fascynowało mnie w tym to, że Ożogowska tak świetnie znała psychikę dziecięcą, że wiedziała, jak często mając 10 lat fantazjujemy o tym, że my już jesteśmy dorośli, a nasi koledzy… (zwłaszcza ci, których niezbyt lubimy) cały czas męczą się w szkole.

Uwielbiałam też drugą część tej powieści pt. „Za minutę pierwsza miłość”. Jedna z jej bohaterek, Ewa zastanawia się, czy Marcin Bigoszewski ma coś niezwykłego czego nie ma inny chłopiec. W odpowiedzi na to pytanie przyjaciółka odpowiada: „Owszem. Ma. Kurzajkę na lewej ręce. U nikogo innego takiej wielkiej nie widziałam.” Tygodniami analizowałam, czy moje sercowe wybory to na pewno wybory kogoś niezwykłego? I dlaczego wybieramy niezwykłych ludzi? Czy nie jest tak, że wszyscy jesteśmy niezwykli? Bo skoro każda „potwora znajduje swojego amatora” to może ta niezwykłość jest czymś dla tego amatora?

Były też we mnie zdania z książek Krystyny Siesickiej. „Agnieszko, dziecko, to twoja teczka?” pytała bohaterka czasu Abrahama swoją rywalkę do serca Kuby, a ja godzinami zastanawiałam się czemu jedna nastoletnia koleżanka do drugiej – mówi per „dziecko”. Czy to wyraz lekceważenia? Może wywyższanie się? A może jedno i drugie? Jakiś czas potem poszłam do liceum i moja nowa, licealna przyjaciółka powiedziała do mnie z pogardą per: „dzieciaku”, bo czegoś tam nie wiedziałam.

W tej samej powieści Siesickiej najważniejsze było jednak ostatnie zdanie. „Czas Krzysztofa nadszedł później.” Bohaterki ukochany ma na imię Kuba, ale jej znajoma mówi o nim per „Abraham” i pewnego razu zadaje pytanie: „W ilu chłopcach się kochałaś zanim nastał czas Abrahama?”. Ostatnie zdanie było dla mnie informacją, że Kuba nie jest ukochanym Agnieszki na zawsze. Że nie żyli potem długo i szczęśliwie, bo przecież „Czas Krzysztofa nadszedł później”. Tygodniami wyobrażałam sobie dalsze życie bohaterki. To zdanie, jakże podobne do przeczytanego później u Margaret Mitchell w „Przeminęło z wiatrem”, które brzmiało: „Pomyślę o tym jutro.” To te zdania utwierdziły mnie w przekonaniu, że najlepsze w powieściach są otwarte zakończenia. To one rozbudzają wyobraźnię czytelnika. Pozwalają mu wyobrażać sobie dalsze losy bohaterów. Tworzyć swoje wersje ich życia i to codziennie inną.

Ostatnio znów zajrzałam do Siesickiej. Tym razem do „Zapałki na zakręcie”. Rozmawiałam z moim dorosłym już przecież synem i powiedziałam mu o tych zapadających w pamięć zdaniach. Opowiedziałam o „Czasie Abrahama” i o „Zapałce na zakręcie”, w której najbardziej przeżywałam historię, gdy Mada poszła na dworzec witać ojca. Nie widziała go kilka lat i nie była pewna czy go pozna. Zobaczyła nagle mężczyznę w okularach. Przekonana o tym, że to tata rzuciła mu się na szyję z okrzykiem „Tatuś!” na ustach. I nagle usłyszała glos babci: „Panie doktorze, przepraszam. Moja wnuczka… ona się pomyliła”. A wtedy bohaterka poczuła, że ręce obcego człowieka przytulają ją jeszcze mocniej. W „Zapałce na zakręcie” jest wiele wątków. Przeważa miłosna historia Mady i Marcina, ale to nie jest tani romans, a mocna powieść psychologiczna o zaufaniu, miłości, przyjaźni i o konfliktach rodzinnych itd. Jednak ojciec Mady i Alusi nie pojawia się w niej wcale. Jest mowa o nim, ale jego nie ma. Tymczasem ja, córeczka tatusia, wracałam myślami do niego bardzo często. Kiedy pojawi się w życiu córek? Czy w ogóle to zrobi? Dlaczego tak postąpił, że zostawił ich mamę? Czemu nie interesuje się swoimi córkami? Pochodziłam z pełnej rodziny i niczego tak się nie bałam jak rozwodu rodziców. Zwłaszcza, że w naszej kulturze przyznaje się dziecko matce, a ja… przecież bardziej kochałam ojca. Teraz po tylu latach przeczytałam znów „Zapałkę na zakręcie” i znów, jak kiedyś przeżywałam moment, gdy Mada zawisła na szyi panu doktorowi.

Podobnie jest z książkami dla dorosłych. Książkę Olgi Tokarczuk: „Prowadź swój pług przez kości umarłych” przeczytałam zresztą ze względu na pierwsze zdanie. „Jestem już w takim wieku i na dodatek w takim stanie, że przed snem zawsze powinnam umyć nogi, na wypadek, gdyby w Nocy zabrało mnie pogotowie.” Paradoksalnie przypomniało mi ono zdanie z książki „Marianna, Marysia, Misia” Stanisławy Platówny, której bohaterkę Misię babcia uczyła, by na noc zawsze mieć w domu zmyte naczynia, bo w razie pożaru czy pogotowia ktoś przyjdzie i powie, że „brudasy tu mieszkają”. I wtedy w dzieciństwie przy okazji lektury Platówny i kilka lat temu przy okazji lektury Tokarczuk myślałam o tym samym. Czym dla ludzi jest Noc, skoro przywiązują do niej taką wagę, choć przecież to wtedy idą spać? Jednocześnie myślałam o tym co by robił nocą człowiek, gdyby nie wynalazł ognia. Czy byłby aktywny?

I tak to właśnie po tych pojedynczych, wyrwanych z kontekstu zdaniach poznaję dobrą książkę. Jeśli zostaje mi z niej w głowie choć jedno zdanie to znaczy, że coś w niej było. Bo tak za sprawą jednego zdania zostaje we mnie cała książka.

Małgorzata Karolina Piekarska

Magazyn Literacki “Książki” nr 9/2017

Print Friendly, PDF & Email