MAŁGORZATA KAROLINA PIEKARSKA

pisarka, dziennikarka

Trudny język polski!

Ani się obejrzałam jak znacznie wzrosła liczba znanych mi obcokrajowców, którzy osiedlili się w Polsce. To wielka radocha, bo co kraj to obyczaj i można się o tych obyczajach przekonać. To też wielka radocha jeśli idzie o język. Co też oni nie wygadują! Ile z tego jest zabawnych nieporozumień i konsternacji!

Na przykład Dima – rodem z Syberii – operator kamery u mnie w redakcji. Jest osoba niesłychanie religijną. Ciągle strofuje dźwiękowca – Janusza, który jest świeżo zaręczony, żeby nie oglądał się za innymi kobietami. I właśnie ten Dima powiedział coś takiego, że mnie zatkało. Ale po kolei. Pojechaliśmy do IKEI robić świąteczny materiał o wyprzedażach. Janusz, który uwielbia jeść całą drogę marudził, że on musi zjeść te hot-dogi z IKEI. Na miejscu poleciał do bufetu i przyniósł sobie pięć. Zbaraniałam, ale stwierdziłam, że w takiej sytuacji to ja też chcę. Dima zaoferował się, że mi przyniesie. I rzeczywiście. Przyniósł po minucie hot-doga i wręczył mi go ze słowami:

– Wziąłem ci z masturbą.

Zaniemówiłam. Jednak dość szybko zorientowałam się, że chodzi o musztardę. Ale hot-dog z masturbą zabrzmiał mi tak perwersyjnie jak nic dotąd. I to jeszcze w ustach religijnego Dymitra!

Perwersji słownych jest w polskojęzycznych rozmowach z obcokrajowcami mnóstwo. Nagminne jest mylenie przekleństw. Steven – rodem z Londynu – ożeniony z Polką, poinformował kumpli, którzy przyszli do niego na winko o 11 w nocy, żeby byli cicho, bo obudzi się Iwona i się skurwi. Ta informacja mocno zainteresowała kolegów. A nuż zrobi to z nimi? Steven długo nie mógł pojąć czemu kumple tak rechoczą.

Z kolei Miro – rodem ze Słowacji wstał kiedyś u mnie od stołu i z rozbrajającym uśmiechem poinformował, że zaraz wróci tylko pójdzie zrobić sobie siusiaka. Resztę moich gości zatkało, ale kiedy za Mirem zamknęły się drzwi toalety wszyscy zaczęli rechotać. Pojawiły się nawet komentarze, że każdy by chciał móc zrobić sobie zupełnie nowego siusiaka. No i trzeba w związku z tym zapytać Mira jak to się robi.

Miro siedzi w Polsce przeszło piętnaście lat. Niby polski do słowackiego podobny, a jednak! Co jakiś czas jesteśmy przez niego językowo zaskakiwani. Na przykład kiedy z dumą prezentowaliśmy Mirowi inteligencję naszego pieska – jamnika informując, że schowaliśmy przed nim plasterek kiełbasy pod szafą, a on natychmiast tam pobiegł, znalazł i zjadł, wówczas Miro ze śmiertelną powagą odparł:

– Bo to jest myśliwiec! On ma wąchała i to jest jego atuta! Tak jak orłowie mają wielkie oko.

Znajomy Sebastian – rodowity paryżanin, w Polsce pracujący jako architekt – zadzwonił pewnego dnia do swojej ukochanej i wydukał, że nie spotkają się dziś, gdyż zatrudnił się w kawiarni. Ukochana przeżyła szok. Po co zdolny architekt ma zatrudniać się w kawiarni? Ale… może to jakieś ukryte pragnienie? Dopiero po informacjach typu „womituję” i „boli mnie brzucha” zorientowała się, że Sebastian po prostu się zatruł.

Przez lata poznałam tylko dwóch obcokrajowców, którzy mówili po polsku płynnie. Jeden to budapeszteńczyk Karol – nauczyciel węgierskiego w Węgierskim Instytucie kultury, a druga to Jasmin – rodem z Syrii – instruktorka tańca brzucha. Oboje łączyło jedno. Skończyli polonistykę. Karol był przy tym osobą niesłychanie dociekliwą. Co i rusz opowiadał o swoich przemyśleniach związanych z językiem polskim. Pamiętam szczególnie jeden wywód.

– Są takie dwa wyrazy, które powinny być zamienione, bo mają odwrotne znaczenie. Jeden to deszczyk a drugi to nieboszczyk. Dla mnie deszczyk to powinien być ten co w deskach leży, a nieboszczyk to ten co z nieba leje.

Oj, coś w tym jest!

Luty 2006

Print Friendly