MAŁGORZATA KAROLINA PIEKARSKA

pisarka, dziennikarka

Widmo wolności, czyli stary malutki Misio

Oglądałam kiedyś film „Widmo wolności” Louisa Bunuela. Była tam scena pokazująca co by było, gdyby przyjęto inne normy kultury. Małżeństwo z córką przychodzi z wizytą do znajomych. Wchodzą do salonu, w którym przy stole jest tyle sedesów ilu gości. Każdy zdejmuje majtki, siada na sedesie i robi co trzeba. Słychać detonacje, wodospady, pluski i spuszczanie wody. Siedzący przy stole rozmawiają, przeglądając czasopisma. W pewnym momencie córka jednego z gości mówi:
– Mamusiu, jestem głodna!
Na to jej matka przez zaciśnięte zęby:
– Mówiłam ci, byś się tak nie zachowywała przy stole!
Po dłuższym czasie jej ojciec wstaje od stołu i podchodząc do gosposi pyta przyciszonym głosem:
– Przepraszam? Gdzie tu jest jadalnia?
Gosposia wskazuje pomieszczenie na końcu korytarza. Gość wstydliwie udaje się w tamtym kierunku. Otwiera drzwi, zamyka je za sobą na łańcuch i siada przy stoliku. Raczy się nóżką pieczonego kurczaka, kiedy słyszy do drzwi pukanie. Nie wyjmując z ust nóżki mówi:
– Zajęte!
Dlaczego przypominał mi się ten stary film?
Pewien mój znajomy związał się z kobietą, która ma nastoletniego syna – pieszczotliwie zwanego Misiem. Wiele mi o tym chłopaku opowiadał. Przede wszystkim to, że kompletnie nie może się z nim dogadać. Zatkało mnie. Kto jak kto, ale stary punkowiec, chodzący w połatanych portkach, słuchający czadu, robiący kolaże i żyjący jak outsajder nie może dogadać się z nastolatkiem? Jak to? Pomyślałam sobie jednak, że może owo niedogadanie wynika z tego, że na przykład Misio przeżywa rozstanie rodziców? Może wkurza go, że w sypialni matki miejsce ojca zajął obcy facet? Kumpel jednak twierdzi, że nic z tych rzeczy. Z jego opowieści wynika, że Misio jest typem, którego po prostu wkurzają dorośli. Gdy do matki przychodzą znajomi na imprezę nazywa to „zgredowską nasiadówą” i ostentacyjnie demonstruje swoją pogardę. Izoluje się w pokoju, słuchając swojej muzyki. Jakiej? Nie wie nikt. Słuchawki wciśnięte na uszy nie pozwalają domownikom zapoznać się z repertuarem. Przyjrzałam się kumplowi. Dawno przestał farbować włosy na czerwono. Nie strzyże też głowy na borsuka. Wprawdzie łazi w glanach, pocerowanych ciuchach, no i nadal nosi t-shirty z napisem Exploited, ale … nie szata zdobi człowieka. Może zezgredział tylko ja nie zauważyłam? Żal mi zrobiło się Misia. Rozumiałam go aż nadto. U mnie w domu zezgredzenie sięgało zenitu. Starzy nigdy nie byli chorzy na rock and rolla. Wkurzali ich nie tylko Bitelsi, ale nawet Presley. Ojciec mówił na niego „Pierdzislej”. Sam zresztą najchętniej słuchał piosenek żołnierskich w stylu „Hej chłopcy bagnet na broń”. Niestety nie mogłam izolować się nakładając na uszy słuchawki, bo takowych nie miałam. Nie miałam też stereofonicznego magnetofonu, bo w czasach ryczącej komuny był rzadkością. Musiałam znosić więc ryczące na cały regulator (i to głośniej niż moje Joy Division) „Dziś do ciebie przyjść nie mogę”, wiszący na ścianie krzyż z grobu mojego stryja i wizyty zapłakanych kombatantów, opowiadających o kampanii wrześniowej, powstaniu warszawskim lub przeżyciach oświęcimskich. Kumple, gdy do mnie przychodzili mówili, że w takim wariatkowie jeszcze nie byli. Na ścianie krzyż i karabin, a za ścianą „Morze, nasze morze ciebie wiernie będziem strzec.” Kompletna emerytura! Ehhh biedny Misio. Wprawdzie nie sądzę, by mój kumpel z jego matką uprawiali martyrologię, ale może katują go na przykład non-stop grupą Pink Floyd? W nadmiernej ilości rzeczywiście wieje od niej trupkiem.
Pewnego dnia znajomy zadzwonił z pytaniem, czy może wpaść, bo jest nieopodal. Powiedziałam, żeby wpadał i po jakiejś chwili stał za moimi drzwiami w jak zwykle oberwanych ciuchach. Towarzyszył mu jakiś młody chłopak i smarkula z kolorowymi włosami. Po chwili przeżyłam lekki szok. Myślałam, że kumpel odwiedza mnie z synem swojej kobiety i z jego laską. Okazało się jednak, że wystrzyżone stworzenie, które wzięłam za nastolatkę to dobiegająca czterdziestki mamuśka. Zaś młodzieniec to jej syn – znany z opowieści Misio. Oczywiście Misio siadł nadęty przy stole i od razu zaczął się izolować. Nie ingerowałam. Za dobrze pamiętam siebie. Też nie lubiłam wtrącania się. Propozycji składanych co pięć minut. „A może poczytasz?” Tylko na początku napomknęłam, by robił co chce i zaglądał gdzie się da. Jednak Misio nie ruszył się z miejsca. Gdy rozmawialiśmy między sobą, przyglądał się nam z niechęcią. Niemal ze zgorszeniem obserwował butelkę wina i demonstracyjnie machał ręką, by odpędzić dym z matczynego papierosa. Nie odpowiadała mu żadna muzyka z tej, którą włączaliśmy. Nie pasowało mu ani O.N.A ani Dezerter. Przy Grzesiuku i Panu Witku z Atlantydy miałam wrażenie, że za moment dostanie szału i pozabija nas. Wysłałam go do regału. Niech sam wybierze muzykę. Z gigantycznej płytoteki wziął płytę… Ich troje czym o mało nie doprowadził mnie do zawału! Myślałam, że buntownik oskarżający o zezgredzenie wystrzyżoną matkę z kolczykiem w nosie, ubraną w skórę i miniówkę będzie słuchał zakręconego hip-hopu, a tymczasem… Misio nie słucha hip-hopu, bo uważa go za muzykę małolatów. Nie dowiedziałam się jednak czego słucha. Przeszkodziła nam wystrzyżona mamuśka, która zakazała włączać Ich troje i w takt jednej z piosenek braci SEXBOMBY ruszyła w tany z moim kumplem. Misio siedział podłamany zgredowskim zachowaniem matki, która pozostawała w dziwnych pozach. Gdy po pół godzinie tańczyła z moim kumplem jakieś pogo miałam wrażenie, że Misio się rozpłacze. Cała trójka wyjechała ode mnie taksówką grubo po północy. Misio wlókł się na końcu. Miałam wrażenie, że to on jest tutaj tatusiem, który wstydzi się za swoje rozwydrzone bachory. Te zresztą nawet klatce schodowej nie mogły powstrzymać się, by nie śpiewać: „Tu na razie jest ściernisko!”
Teraz nie dziwię się kumplowi, że nie może dogadać się z Misiem. Ja przy nim czułam się jak w filmie Bunuela. Nie! Nie siedziałam na sedesie za stołem! Mnie się po prostu bezczelnie chciało jeść! A to prawdziwy skandal!

COGITO 4/2003 (191)

Print Friendly, PDF & Email