MAŁGORZATA KAROLINA PIEKARSKA

pisarka, dziennikarka

2017r. – Wywiad Michała Pawlika dla portalu Warszawa.pl

Od wielu lat zajmujesz się Warszawą jako dziennikarka, reporterka, także pisarka. To przecież w Warszawie toczą się perypetie bohaterów tak cyklu z panią Czajką, jak i historyczno-metafizycznych detektywów, którzy dzielnie rozwikłali 18 zagadek w 18 dzielnicach Warszawy. Nagle w Twej twórczości pojawia się inny region kraju i na dodatek napisany do spółki z Twoim wspaniałym, aczkolwiek nieżyjącym już od 18 lat, Tatą, Maciejem Piekarskim. Zechcesz wyjaśnić te zawiłości?

„Syn dwóch matek” to nie jest książka tylko o Zamojszczyźnie, ale również o Warszawie. Moi dziadkowie – Bronisław i Janina Piekarscy, którzy w styczniu 1943 roku z sierocińca przy ul. Nowogrodzkiej wzięli na wychowanie pozbawione opieki dziecko, czyli mojego stryja Janka, mieszkali w Warszawie. Spora część opisanych w książce historii dzieje się więc w naszym mieście, choć już po publikacji uświadomiłam sobie, że nigdzie w niej nie padł adres Nowogrodzka, a to tu do dziś mieści się najstarszy w stolicy, bo założony w 1732 roku, Dom Dziecka nr 15 im. ks. Baudoina.

„Syn dwóch matek”, bo do tej ostatniej Twojej książki zmierzamy, to dość niespotykana forma zmieszania reportażu Macieja Piekarskiego, Twojego Ojca i Twoich opowieści skierowanych do Niego. Skąd pomysł na taką właśnie formę. Czy to nowy gatunek literacki?

Nie wiem czy jest to nowa forma. Teraz jak się nad tym zaczęłam teraz zastanawiać to wydaje mi się, że w literaturze pięknej są tego typu utwory pisane w formie pamiętnika, czy listu do zmarłego. Na przykład cały cykl powieści o Zawrociu mojej przyjaciółki Hanny Kowalewskiej. Jej bohaterka prowadzi pamiętnik, w którym zwraca się do zmarłej babki. No, ale to fikcja literacka, a u mnie są fakty historyczne. Chciałam, by reportaż Ojca pozostał w niezmienionej formie, a to dawało spore ograniczenia. Niestety bez tego co ja napisałam reportaż jest niepełny i – nie ukrywajmy – przestarzały. Niepełny, bo ojciec pominął mnóstwo rzeczy, które wtedy prawie 40 lat temu wydawały mu się oczywiste. Przestarzały, bo czytelnik po lekturze miałby sporo pytań. Przede wszystkim o dalsze losy głównego bohatera. Ponadto Ojca część kończyła się apelem do tych, którzy pamiętają tamte lata. A skąd ich dziś wziąć skoro sam stryj Janek dobiega 80-tki? Mogłam dać sam reportaż Ojca i dorobić przypisy, ale wtedy te przypisy mogłyby być bardzo długie. Poza tym jest ryzyko wynikające z tego, że przypisy mało kto czyta. Same przypisy nie byłyby tak poruszające. Wiedziałam, że muszę jakoś Ojca reportaż podzielić i między jego rozdziały dołożyć swoje, w których odniosę się do wątków poruszonych przez Ojca. Właściwie naturalnym stało się, że napisałam je w formie rozmowy, czy listu do Taty. Opowiadam mu o swoich odczuciach, swoich wspomnieniach, a także o tym, co dzieje się ze stryjem Jankiem teraz.

W książce „Syn dwóch matek” starasz się w pewien sposób rozprawiać z wojną i jej okrucieństwem. Świadków tamtych dni, świadków zbrodni na Zamojszczyźnie, bo bohater Twej rozmowy z Ojcem jest właśnie „Dzieckiem Zamojszczyzny”, jest coraz mniej. Co będzie jak ich zabraknie? Czy wtedy okropności wojny i „akcji Zamość” przestaną boleć? A może już nikt, poza historykami, nie będzie o tym pamiętać?

Właśnie nad tym zastanawiam się w książce. Ponieważ żyjemy w czasach, w których historia II wojny światowej jest coraz częściej zakłamywana. Nagle mamy dziwny naród Nazistów zamiast Niemców. Zachwiane są proporcje odpowiedzialności za holokaust, bo nagle czytam, że Polacy są współwinni. Zupełnie jakbyśmy dogadywali się z Hitlerem. Pomijane są zbrodnie Niemców na ludności cywilnej we wrześniu 1939 roku, czy w powstaniu warszawskim. Mówi się sporo o żołnierzach wyklętych, ale coraz częściej mam wrażenie, że pojawiają się w naszej świadomości „żołnierze przeklęci”, czyli żołnierze, którzy przyszli wraz z Berlingiem, a przecież ich jedyną „zbrodnią” jest to, że nie zdążyli do Andersa, bo on już opuścił ZSRR, a oni byli zesłani bardziej w głąb Syberii i kiedy udało się stamtąd wyjść zastali już tylko tę drugą armię. Jednocześnie coraz częściej słyszę pochwałę wystąpień zbrojnych. Nawet ostatnio jeden pan mi powiedział, że szkoda, że w latach 80-tych w Polsce przemiany ustrojowe potoczyły się bezkrwawo, bo wolność nieokupiona krwią nie smakuje tak jak powinna i mamy to co mamy. Czyli gdyby u nas rozstrzelano kogoś, jak Rumunii Nicolae Ceaușescu to bylibyśmy szczęśliwszym narodem. Ja się z tym absolutnie nie zgadzam. Jestem pacyfistą. Boję się wojny. Nie dlatego, że boję się śmierci, bo tej się nie boję, a nawet jestem jej ciekawa, twierdzę zresztą, jak to kiedyś powiedział Lech Wałęsa w jakimś wywiadzie, że na tamtym świecie musi być fajnie, bo gdyby było źle, to ktoś by stamtąd wrócił. Ale boję się okrucieństwa, a wojna zawsze niesie je ze sobą. Ta książka jest właśnie o tym. Jest moją próbą zapisania wszystkiego tego, co w domu mówiło się o wojnie, a co nie zostało przez Ojca zapisane w jego książkach czy artykułach. Jest też opisem, moim zdaniem obiektywnym, bo urodziłam się po wojnie, jakie miała ona skutki dla mojej rodziny – np. to nierozebranie kuchni węglowej, to myślenie, że jak wejdzie wróg to mamy świece itd. To trzymanie różnych rzecz, które mogą się przydać, gdyby wojna znów wybuchła. Paradoksalnie ja też o tym myślę. Też nie rozebrałam kuchni węglowej. Też mam zawsze w domu świece.

Reportażu Twojego Ojca, pt. „Wojenne losy rodziny Tchórzów” z 1978 r. miał ocalić od zapomnienia ważną historię. Ważną dla Zamojszczyzny, dla Dzieci Zamojszczyzny i ważną dla Waszej Rodziny. Książka „Syn dwóch matek” gdzie reportaż łączysz ze swą opowieścią również ma swój cel. Jaki?

Chciałabym, by jej czytelnicy pomyśleli o swoich rodzinach. By zanalizowali ich losy. By postarali się spojrzeć jakie piętno ostatnia wojna wycisnęła na ich pradziadkach, dziadkach, rodzicach i ich samych – urodzonych po wojnie. Czy mają np. dziadka, który na wielkiej kromce chleba kładzie jeden plasterek kiełbasy i jedząc przesuwa go na koniec tej kromki, by zjeść na końcu? Czy ktoś gromadzi rzeczy na później? Czy dojada zepsute jedzenie? To efekt głodu i wojny. W książce sporo miejsca poświęcam rodzinie Mamy. Bo o ile rodzina Ojca to warszawiacy od wielu pokoleń, o tyle mama była klasycznym słoikiem z… Zamojszczyzny właśnie. Miałam więc możliwość porównywania losu jej rodziny z losami rodziny babci Zosi biologicznej mamy stryja Janka. Jeden region, a różny los. Babcia Zosia była analfabetką, a moja babcia Konstancja urodzona ok. 30 kilometrów dalej, umiała czytać i pisać. Ten los był jednak różny m.in. dzięki temu, że jeszcze przed wojną dziadek Julian zabrał swoje „stadko” i przeprowadził się do Chełma. Tam był wielki węzeł kolejowy, a dziadek był ogrodnikiem zatrudnionym przez kolej do obsadzania kwiatami dworców. Niestety miejsce gdzie mieszkali to słynna Rampa Brzeska, czyli ulica przy której był stalag 319. Obóz był za płotem chełmskiego ogrodu moich dziadków. To sprawiło, że np. matka nienawidziła kolędy „Cicha noc”, którą słyszała dobiegającą z obozu w Boże Narodzenie, a i ja mam do niej uraz i nie bardzo lubię ją śpiewać.

W 1943 r. w Warszawie kolejarze „siłą” za trzymali pociąg z dziećmi z Zamojszczyzny. Co się tam stało? Kto jeszcze o tym pamięta? Próbowałaś badać to wydarzenie?

Wydarzenie jest bardzo dobrze opisane w historii i tam już nie ma co badać. Ja próbowałam tylko dociec dokąd szedł transport. Czy do Oświęcimia, jak wtedy mówiła Warszawa, czy gdzie indziej. I nie doszłam do tego. I nigdy nikt już chyba tego nie ustali. Trudno jest ustalić trasę pociągu towarowego, który 75 lat temu nie szedł według stałego rozkładu. Muzeum w Auschwitz ma spis transportów, które doszły do Auschwitz, ale coś takiego jak spis transportów, które miały dojść, a obóz się ich nie doczekał nie istnieje. Jest jednak możliwe, że był to transport idący do Niemiec. Transport dzieci wiezionych na germanizację. Tak tylko przypomnę, że na zgermanizowanie wywieziono z Polski ponad 250 tysięcy dzieci, a po wojnie wróciło ich do kraju zaledwie 800. Pozostałe nie wróciły nie dlatego, że zmarły, ale dlatego, że zostały zgermanizowane i nawet nie wiedzą, że w ich żyłach płynie polska krew. Pisałam o tym w książce, bo jestem dziwnie spokojna, że te dzieci – dziś dorośli ludzie – oglądały niemiecki serial „Nasze matki, nasi ojcowie” i były dumne ze swoich niemieckich rodziców, którzy przeciwstawiali się złemu panu Hitlerowi. Tak to jest, że niewielu Niemców dziś przyznaje, że ich przodkowie byli Hitlerem zafascynowani. Niemcy nigdy nie zapłacili za germanizację polskich dzieci. A w 2005 roku IPN umorzył ledztwo w tej sprawie, bo nie udało si ustali sprawców. Przecie dwu- czy czterolatek, który nie pamitał swojego nazwiska, tym bardziej nie zapamiętał nazwiska pielgniarki zmieniającej mu tosamość.

Życie składa się z wielu wątków. Takim jest los Syna dwóch Matek. Lecz każda historia to splot zdarzeń, ludzi i wątków wiążących je i ich ze sobą. Wiele jest intrygujących i wartych zatrzymania na kartach książek dla pokoleń. Reportażyści miewają ciągły smak pozostawienia spraw, o których chcieliby jeszcze napisać. Czy też tak masz? Czy myślisz, by Zamojszczyźnie poświęcić jeszcze swoje pióro, czas i życie?

Pióro to już raczej nie, bo już wszystko co miałam napisać – napisałam. Natomiast na pewno czas i życie. Teraz staram się promować swoją książkę gdzie się tylko da. Zwłaszcza, że to wszystko może się niestety powtórzyć. Jakiś czas temu widziałam film (oparty zresztą na książce kosztującej 19,33 euro, która to cena jest rokiem dojścia Hitlera do władzy) pt. „On wrócił” („Er ist wieder da”). To historia o tym, jak 70 lat po wojnie w środku miasta budzi się Hitler i zostaje gwiazdą telewizji. Film został nakręcony trochę jak „Borat: Podpatrzone w Ameryce, aby Kazachstan rósł w siłę, a ludzie żyli dostatniej”, czyli oprócz scen fabularnych reżyserowanych, wykorzystywano w nim autentyczne sytuacje. Aktor wcielający się w Hitlera, jawnie głosił poglądy swojej postaci i zawsze niestety znajdowali się ludzie, którzy mu przytakiwali, fotografowali się z nim, a nawet brali autografy. To mnie przeraża. „Oby nigdy wojny” – mówi w filmie Hanny Etemadi o „Dzieciach Zamojszczyzny” rodzona siostra stryja Janka – ciocia Walerka. A ja za nią ciągle to powtarzam jak mantrę. Ale boję się, że to utopia. Człowiek to jednak straszne bydlę. Niszczy swój własny gatunek bez żadnego, naprawdę logicznego powodu. Uważam, że jest rakiem tej planety. A ja, jako część tego raka, staram się być jego łagodniejszą postacią. Dlatego piszę.

Dziękujemy bardzo.
Rozmawiał Michał Pawlik
Źródło: http://www.warszawa.pl/za-oknem/syn-dwoch-matek/

Print Friendly