MAŁGORZATA KAROLINA PIEKARSKA

pisarka, dziennikarka

Muchy się nie mylą

Ostatnio stwierdziłam, że niektórzy jazzmani mają jakieś straszne kompleksy. Kompleksy wynikające z tego, że dziś niewiele osób słucha jazzu. A przecież demokracja w kulturze nie obowiązuje. Demokracja polega na uznawaniu za obowiązujące zdania większości, ale … kto tworzy większość? Przecież to jednostki pchają świat do przodu, a nie szara masa społeczeństwa. To jednostki tworzą kulturę, chyba, że mamy na myśli kulturę masową. Masa społeczeństwa zawsze jest szara. Nawet jeśli jest to społeczeństwo demokratyczne.

Jeden magazyn jazzowy zamówił u mnie wywiad z pewnym jazzowym muzykiem. Facet dostał mnóstwo nagród, nagrał całą masę płyt, niestety nakłady nie przekroczyły stu sztuk. Wywiad, który u mnie zamówiono miał być wywiadem rzeka – 40 stron maszynopisu. Na marginesie dodam, że Wzrockowisko to 2,5 strony. Pieniądze jakie mi za ów wywiad zaproponowano zdumiały mnie – 100 złotych?! Znajomi pukali się w czoło! A jeden kumpel chciał mi dać stówkę bym zamiast na wywiad poszła z nim na piwo. Ale w końcu nie wszystko robię dla pieniędzy. Tu pokusa była wielka… Na przygotowanie się do wywiadu mam 3 godziny. O facecie nic prawie nie wiem. W internecie wygrzebałam, że 2 lata temu grał na koncertach „Jazz na Starówce”. I to wszystko! Kumpel – spec o jazzu powiedział mi o jazzowych baletach i operach, które facet skomponował, ale niestety płyty nie miał. Zleceniodawca opowiedział o studiach za granicą, o trasach koncertowych po całym świecie i o kontraktach w Stanach Zjednoczonych. Koleżanka zakochana po uszy w jazzie, a konkretnie w saksofonie Adasia Pierończyka, opowiedziała o filmie, do którego „mój bohater” skomponował muzykę. Niestety też nie miała żadnej jego płyty. Tak więc wiem niewiele, ale … przecież dowiem się! Po to idę na wywiad. I tak oto przede mną obiecująco rysowała się długa i na pewno ciekawa rozmowa ze światowej sławy jazzmanem, artystą który skomponował muzykę filmową, grał i koncertował na całym globie. Inny świat niż taki rock! Niech będzie honorarium i stówka, w końcu największa suma jaka kiedykolwiek znalazłam to zardzewiała pięciozłotówka w WC w jednym pubie.
Facet przyjął mnie w kuchni mieszkania, w którym w pokoju obok synek ćwiczył na wiolonczeli. Już na wstępie przeprosiłam artystę za ewentualne luki w moje wiedzy dotyczącej jego osoby usprawiedliwiając się brakiem niezbędnego czasu. (W końcu wywiad przeprowadzałam w kilka godzin po otrzymaniu zlecenia.) Ale powiedziałam też, że chcę by on był zadowolony z wywiadu. Jeśli więc o coś go nie spytam niech sam podpowie. Mimo mojej jakże rozbrajającej szczerości rozmowa nie kleiła się. Drętwe zdania. O tym nie będzie mówił, o tym też nie. Nie gadamy więc o prywatnym życiu, ale o muzyce, dzieciństwie, młodości… Zaczynam ziewać, martwię się jak spiszę ten bełkot, jak wyłowię słowa spomiędzy dźwięków wiolonczeli. Pytam o to co go drażni w muzyce i słyszę, że … zła muzyka. Ta która sączy się z radia. Ech… nie o to mi chodzi. Już po 5 minutach rozmowy zorientowałam się, że facet poza Hendrixem to wszystkich utopiłby w łyżce wody. Uściślam więc pytanie i opowiadam, że na przykład mój ojciec kochał operę i operetkę, fortepian i chór, a nienawidził skrzypiec solo, które uważał za przerzynanie pudla i to przerzynanie bez efektu! Piłujesz a pudło całe, zaś umęczone uszy leżą na podłodze. Twarz mego rozmówcy się na chwile rozjaśniła i … usłyszałam, że operetka go drażni. Po dwóch godzinach ciągnięcia za język zadałam ostatnie pytanie: „Jak Pan myśli? Co najbardziej zainteresuje czytelników, którzy będą czytać wywiad z Panem?” odpowiedz brzmiała: „Mam nadzieje, że to, że mnie pani poznała.” Ręce mi opadły. Oj tak! Poznałam! Ale nie zazdrośćcie. Przyszło potem bowiem do spisywania i … przegryzania się przez wiolonczelę. Koszmar! Spisywałam wywiad ja, potem pomagały mi koleżanki – Eliza i Kryśka. Mój chłop próbował „conieco” z taśmy rozgryźć. Łącznie trwało to 3 dni. Kryśka powiedziała otwarcie: „Wiesz co Piekarnia? Nie polubiłam tego pana!” Po spisaniu nastąpiły dwa dni ślęczenia nad tym tasiemcem. Weekend przy komputerze, choć za oknem słońce, a w kinach masa premier. Facet mówi nie budując zdań, ja musze z jego opowieści te zdania zbudować. Nie dało się wyciągnąć z bełkotu 40 stron tekstu. Wyszło … 30. A zleceniodawca tak chciał wywiad-rzekę! Wreszcie doszło do autoryzacji. Ze wspomnianych 30 stron artysta zostawił … 5 (słownie pięć stron!). Wyrzucił wszystko to co może zainteresować czytelnika – lata szkolne, studenckie, anegdoty. Zostawił same swoje dywagacje muzyczne. W stylu zadziwiająco podobne do rozważań na temat wyższości Świąt Bożego Narodzenia nad Świętami Wielkiejnocy. Dzwonię do zleceniodawcy. Opowiadam. Wiozę oba wywiady: mój i autoryzowaną wersję.
– Panie! – wyznaję załamana. – Co to był za koszmar! Ja nie chcę nawet tych 100 złotych. Niech pan z tym robi co chce. Jedno panu powiem…
– Niech pani nic nie mówi! – Zleceniodawca macha ręką. – To wariat! On mi latami wiercił dziurę w brzuchu, że chce mieć ze sobą wywiad w mojej gazecie. Oni wszyscy tacy! Wydają płyty w nakładzie 100 egzemplarzy i mają pretensje do świata, że nikt ich nie słucha. Że na topie jest muzyka pop. Sięgają teraz po hip-hop, by przyciągnąć słuchaczy do jazzu! A kiedy mówię, że nie o to chodzi, by słuchał ich cały świat to się obrażają. Oskarżają, że im promocję robię kiepską.
Odetchnęłam z ulgą. A ja już się bałam, że się na mnie wszystko skrupi.
W umysłach większości ludzi panuje przekonanie, że jedynie to co kochają wszyscy jest rzeczą dobrą i godną podziwu! „Kupmy te płytę, bo sprzedano jej już 100 tysięcy, wiec to wstyd nie mieć.” I zaczyna się wynoszenie na piedestał! Tymczasem popularność jakiejś grupy na liście przebojów, czy bicie rekordów sprzedaży płyt nie jest równoznaczne z … geniuszem twórcy! Pamiętam wielkie hity sprzed lat, których autorzy są dziś nieznani. Bo popularność nie jest równoznaczne z byciem wybitnym. To samo tyczy się reżyserów, aktorów, pisarzy i innych ludzi tworzących kulturę. Popularność artysty nie dowodzi, że tworzy on sztukę przez duże S, czasem może być jedynie twórcą przez duże TFU.
Dziś, kiedy wszyscy zachwycają się wysokonakładową płytą lub książką prawie każdemu, komu się owa płyta czy książka nie podoba, zaczyna się wydawać, że jest nieczuły na kulturę lub po prostu prymitywny. Choć… bywa też odwrotnie. Odrzucamy to co masowe. Taki wyraz buntu przeciwko większości. Jednak z reguły pozorny. Odrzucamy Ich Troje, bo nakład płyt idzie w setki tysięcy, a wielbimy Big Cyca, bo nakłady mniejsze. Taki prawdziwy bunt przeciwko większości zdarza się naprawdę rzadko. Bo również pomiędzy grupą Fuel a Britney Spears jest niewielka różnica jeśli idzie o ilość sprzedanych płyt. No i tylko tyle, że Britney śpiewa w reklamówce pepsi, w którym to filmiku jakiś kretyn przez zapatrzenie w jej cycki pali budę z hamburgerami.
I tylko jednego nie rozumiem. Ja ilekroć słyszę, że coś jest dobre, bo wszyscy tak twierdzą i wszystkim się podoba przypominam sobie pewną koszulkę. Widziałam ją kiedyś na mieście. Otóż na koszulce był napis: „Ludzie! Jedzcie gówno! Miliardy much nie mogą się mylić!”
Powtarzam to zdanie każdemu. Powtórzyłam również artyście, z którym rozmawiałam. I nadal nie rozumiem. Czemu tylu ludzi – w tym on – marzy, żeby być gównem?

COGITO 7/2002 (173)

Print Friendly, PDF & Email