MAŁGORZATA KAROLINA PIEKARSKA

pisarka, dziennikarka

2004 r. – Wywiad Katarzyny Cinal

KIEDY ZACZĘŁA PANI PISAĆ?

Pisałam od… zawsze i od kiedy sięgam pamięcią zawsze chciałam być pisarką. Miałam cztery czy pięć lat kiedy dorwałam się do maszyny do pisania mojego ojca i pisałam na niej na przemian słowa „Małgosia” i „dupa”, choć nie miały one oczywiście zbyt wiele wspólnego z literaturą. Natomiast pierwszą rzeczą jaką napisałam był wiersz. Miałam osiem lat, a wiersz był tak głupi, że aż wstyd dziś go cytować. Niestety to tak jest, że żeby pisać fajne rzeczy to trzeba mieć o czym, a jak się ma osiem lat to nie ma się aż tylu dobrych pomysłów jakich nabiera się z wiekiem. Dlatego pierwsze poważniejsze próby literackie to czas szkoły średniej. Wtedy to mając lat piętnaście napisałam opowiadanie o klasie o profilu rozwlekłym i poskręcanym, której uczniowie odbywali lekcje wisząc na żyrandolach. Opowiadanie wysłałam na konkurs „Do głowy by mi nie przyszło”, który ogłosiła gazeta „Świat młodych”. Nie zdobyłam żadnej nagrody, ale rzecz została wydrukowana, a ja nabrałam wiary w siebie. Jednak w Polsce bycie pisarzem to trudny kawałek chleba, więc zdecydowałam się na dziennikarstwo. To okazało się strzałem w dziesiątkę, bo ułatwiło mi start z książkami. Klasa pani Czajki to druga moja publikacja. Pierwszą było „Wzrockowisko” – zbiór felietonów dla młodzieży publikowanych na łamach Cogito.

CO ZACHĘCIŁO PANIĄ DO ROZPOCZĘCIA PRZYGODY Z LITERATURĄ?

Chyba to, że zawsze lubiłam czytać. Są książki, które czytałam po kilkanaście razy i autorzy, których uwielbiam. Mam oczywiście na myśli książki dla dzieci i młodzieży. I chyba dlatego, ze Adam Bahdaj, Hanna Ożogowska i Zbigniew Nienacki napisali rzeczy, które w dzieciństwie sprawiły mi wiele radości i do których często wracam postanowiłam jakoś się za to odwdzięczyć. Im już nie mogę, ale… mogę to co dostałam oddać następnym pokoleniom i opowiadając historie, które rodzą się w mojej głowie zachęcać innych, by robili to z historiami, które rodzą się w ich głowach.

CZY MA PANI ZAMIAR NAPISAĆ II CZ. „KLASY PANI CZAJKI”?

Pierwotnie nie myślałam, że z tego co ukazuje się na łamach Victora będzie powieść, choć przyznaję, że miałam takie cichutkie marzenie. A jednak „Klasa pani Czajki” ukazała się drukiem. Natomiast druga cześć została niejako wymuszona przez czytelników i już powstaje. Na łamach dwutygodnika Cogito można co dwa tygodnie poczytać o dalszych losach Kamili, Małgosi, Maćka, Wojtka i Czarnego Michała. Nosi to tytuł „LO-teria”. Tytuł powstał zresztą w oparciu o propozycję czytelniczki. Ona zaproponowała Loteria, a ja postanowiłam, by było to pisane przez duże L i O, jak LO. Czemu loteria? Bo życie jest jak loteria. Nigdy nie wiemy kogo na swej drodze spotkamy.

CZY HISTORIA BOHATERKI „KLASY PANI CZAJKI” JEST ZWIĄZANA Z PANI MŁODZIEŃCZYMI LATAMI?

I tak i nie. Już śpieszę wyjaśnić. Z mojego życiorysu wzięte są dwie historie – oba napady. Kiedy Kamilę napadają żule w autobusie i kiedy ktoś napada Małgosię i zrywa jej okulary. Nie jestem żadnym z bohaterów książki, choć każdy z nich nosi jakieś moje cechy – nawet chłopcy. A jeśli szukać podobieństwa to najwięcej ze mnie ma Ewa. Też lubię ploteczki, wróżę z kart i opowiadam kawały.

CO MA PANI ZAMIAR ROBIĆ W NASTĘPNYCH LATACH?

To samo co do tej pory, czyli być dziennikarzem w Telewizji Polskiej, pisywać do młodzieżowych gazet i w wolnych chwilach wymyślać książki i pisać książki. Teraz na warsztacie mam dwie – wspomnianą wcześniej „LO-terię”, czyli drugą cześć klasy pani Czajki publikowaną w Cogito i „Tropicieli” na łamach Victora gimnazjalisty. Przyznaję, że bardziej podobają mi się „Tropiciele”, choć nie cieszą się takim powodzeniem wśród czytelników jak „Klasa”. Mam jednak nadzieję, że to chwilowe i że dzieje się tak dlatego, że klasa była z czytelnikami 3 lata, a „Tropiciele” są dopiero dwa miesiące i na łamach gazety ukazało się dopiero 7 odcinków. Jednak uważam, ze „Tropiciele” są fajniejsi. Jest w nich i trochę śmiechu, trochę tajemnicy i rzeczy z pogranicza „detektywizmu”, łamigłówki, ale i patriotyzmu plus oczywiście miłość, bo główny bohater – Kuba jest od małego potwornie kochliwy. Jak przypominam sobie początki ukazywania się na łamach Victora „Klasy pani Czajki” to też nie było różowo. Pisano do mnie, że to stek bzdur, które powinnam sobie wsadzić w tyłek. Może więc za jakiś czas zmieni się stosunek czytelników do „Tropicieli”. Moje chłopaki z domu twierdzą, że to jest super i z zapartym tchem śledzą perypetie Kuby, który nie zawsze mówi prawdę. Zwłaszcza, że na jego temat wiedzą więcej niż czytelnicy Victora.

CZY UKAŻE SIĘ JESZCZE JAKAŚ KSIĄŻKA PANI AUTORSTWA?

W styczniu ukaże się dokument, ale to, że będzie to książka dokumentalna nie oznacza, że będzie czymś nudnym i nie dla młodzieży. Tytuł „Dziewiętnastoletni marynarz”, a dziewiętnastolatki to młodzież. Jest to dokument, bo znalazłam kiedyś listy brata mojego dziadka ze szkoły morskiej w Tczewie – Zbigniewa Piekarskiego. Przeczytałam je jednym tchem w półtorej godziny, zaprzyjaźniając się w czasie lektury z ich autorem, a potem zadałam tacie pytanie: „Co się stało ze Zbyszkiem?” – chłopakiem, który pisał takie super rzeczy, miał takie poczucie humoru i był… tak psychicznie podobny do mnie. Ponieważ odpowiedź ojca, że „zmarł na serce, czy coś” bardzo mi nie pasowała, więc postanowiłam odkryć prawdę. Co stało się z dziewiętnastoletnim chłopakiem, którego korespondencja z rodzicami urywa się nagle. Co odkryłam? I co jest w tych listach? O tym jest ta książka. Zaręczam, że nie znalazł się jeszcze nikt, kto zajrzawszy do środka i przeczytawszy kilka stron nie wpadł w sidła czytania i nie połknął za jednym zamachem historii Szkoły morskiej i marynarskiego życia na szkolnym statku Lwów.
A jeśli idzie o publikowanie powieści to… któż to może wiedzieć? W moim biurku cały czas leży „Pies ogrodnika” perypetie miłosne jednej licealistki – Marty, która pisze wiersze, pamiętnik i opowiadania, a na co dzień ma poważne sercowe kłopoty z takim jednym Michałem. Niestety żadne wydawnictwo nie chciało tego nawet przeczytać. Ciągle nie mają czasu. Może jak Czajka odniesie wielki sukces ktoś się pochyli nad losami Marty, której obiekt uczuć zachowuje się w stosunku do niej jak pies ogrodnika? Kiedy ktoś się koło Marty kreci Michał natychmiast się nią interesuje, ale gdy tylko Marta odprawi wszystkich konkurentów, wówczas Michał odwraca się plecami… i tak przez trzy lata… Czy to nie brzmi ciekawie? Ale cóż… jak widać, by cos wydać nie wystarczy by było to napisane. Trzeba znaleźć też kogoś, kto chce do niej po prostu zajrzeć. „Dziewiętnastoletni marynarz” w jednym wydawnictwie przeleżał dwa lata. Andrzej Ryba – wydawca zdecydował się po przeczytaniu pięćdziesięciu stron i zadzwonił krzycząc: „jestem pierwszy”. Było to po trzech latach szukania wydawcy. I ta historia najlepiej oddaje to jak wygląda w Polsce wydawanie książek.

rozmawiała KATARZYNA CINAL, kl. I gimnazjum w Sułkowicach Łęgu
2004

Print Friendly, PDF & Email