MAŁGORZATA KAROLINA PIEKARSKA

pisarka, dziennikarka

24 marca 2017
by Małgorzata Karolina Piekarska
0 comments

Kolejna recenzja LO-terii

Ukazała się kolejna recenzja „LO-terii”, tym razem autorstwa Bożeny Itoya, która prowadzi blog „Cuda na kiju”.

Powieść „LO-teria” Małgorzaty Karoliny Piekarskiej jest przeznaczoną dla starszych nastolatków kontynuacją „Klasy pani Czajki”, książką mocną, wręcz wbijająca w fotel, realistyczną, bezkompromisową i nieprzewidywalną. Autorka burzy przyzwyczajenia czytelników, nie ogląda się na schematy (często będące podstawą książek dla młodzieży, jakby powielanych od jednej matrycy), nie przywiązuje wagi do szczęśliwych zakończeń i pomija ugrzecznionych bohaterów rodem z romansów dla nastolatek. Młodzież z obu stron książki – bohaterowie i czytelnicy – zostaje rzucona na głęboką wodę. Nie wiem, czy kiedykolwiek zetknęłam się z równie surową i trafną literaturą piękną adresowaną do licealistów. Wszystko to, co uznawałam za słabsze strony „Klasy pani Czajki” w „LO-terii” zostało zastąpione: wiarygodniejszym spojrzeniem z punktu widzenia młodych mężczyzn, lepszymi mechanizmami działań i portretami psychologicznymi.
Mała ojczyzna Maćka, Małgosi, Michałów, Kaśki czy Ewy, a więc warszawska Saska Kępa, pozostaje taka sama, ale bohaterowie sięgają coraz dalej poza nią – marzeniami, wyjazdami, przeprowadzkami, codziennymi wypadami na zajęcia, zakupy czy do kina. Poszerzają swoje horyzonty, poznają nowych ludzi, czasem zbliżając się wtedy do znajomych z gimnazjum, a kiedy indziej nabierając do nich dystansu. Dochodzi do zerwań i powrotów, takich spodziewanych i zaskakujących, dramatycznych lub pozostawiających czytelnika niemal obojętnym. Wykluwają się też całkiem nowe związki. Miłość nie przyćmiewa jednak innych aspektów życia nastolatków, których droga do dorosłości jest wyboista i do bólu prawdopodobna. Na podstawie powieści można wywnioskować, że takie mocne przeżycia zbliżają ludzi, są sprawdzianem szczerości relacji łączących parę czy grupę znajomych. W „LO-terii” przyjaźnie i związki pełne spokoju i zwyczajności rozmywają się, a ci, którzy muszą o coś walczyć, na końcu książki pozostają razem.
Autorka porusza szereg poważnych spraw, z którymi niektórzy czytelnicy stykają się osobiście, inni słyszą o nich tylko w mediach lub wolą nie zauważać u sąsiadów czy kolegów. Tymczasem w „LO-terii” zobaczymy, jak na poszkodowanych i ich otoczenie wpływa przemoc w rodzinie, śmierć lub ciężka choroba jednego z rodziców, rozstanie rodzica z wieloletnim partnerem (obojętnie – małżonkiem czy nie), uprzedzenia religijne i społeczne, gwałt, napad (pobicie), ucieczka z domu, a wreszcie śmierć nastolatka. Nie jest to lektura łatwa, ale z pewnością uodparniająca, taka szczepionka przeciwko różnym pułapkom współczesnej nastoletniości. Oczywiście przeczytanie „LO-terii” nie spowoduje, że te problemy przestaną istnieć, ale pozwoli czytelnikowi uzbroić się do walki z nimi, a może nawet niektórych uniknąć. Z pewnością znajdą się czytelnicy, którzy sami nie doświadczą podobnych tragedii, ale może będą potrafili pomóc innym? A z potrzebującymi wsparcia zetkną się na pewno, w końcu przeczytamy tu o przebiegu i konsekwencjach między innymi chorób określanych już jako cywilizacyjne. Wielkie uznanie należy się autorce zwłaszcza za opis choroby psychicznej dotykającej jednego z członków rodziny, ale rujnującej życie wszystkich. Nikt nie chce o tym pisać, niepokoić, wywoływać koszmarów, ale Małgorzata Karolina Piekarska odważyła się i wyszło jej znakomicie.
Bardziej szczegółowe streszczenie akcji w tym miejscu mija się z celem, jakim jest zachęcenie do lektury. Wątków i wydarzeń jest bowiem w „LO-terii” tak wiele, że tylko Małgorzata Karolina Piekarska potrafi przedstawić je i połączyć w sposób ciekawy, niewprowadzający zamętu i trzymając się z daleka od konwencji brazylijskiej telenoweli (szkoda, że nie stroni od niej mama Kamili…).
Koniecznie podsuńcie tę książkę swoim nastoletnim dzieciom i przeczytajcie ją sami, jeśli wam miła ich dojrzałość. Jakby nie patrzeć, źródłem większości problemów, z jakimi walczą lub którym ulegają bohaterowie „LO-terii”, są rodzice.
23 marca 2017
autor: Bożena Itoya

17 marca 2017
by Małgorzata Karolina Piekarska
0 comments

Wywiad na portalu Warszawa.pl

Od wielu lat zajmujesz się Warszawą jako dziennikarka, reporterka, także pisarka. To przecież w Warszawie toczą się perypetie bohaterów tak cyklu z panią Czajką, jak i historyczno-metafizycznych detektywów, którzy dzielnie rozwikłali 18 zagadek w 18 dzielnicach Warszawy. Nagle w Twej twórczości pojawia się inny region kraju i na dodatek napisany do spółki z Twoim wspaniałym, aczkolwiek nieżyjącym już od 18 lat, Tatą, Maciejem Piekarskim. Zechcesz wyjaśnić te zawiłości?

„Syn dwóch matek” to nie jest książka tylko o Zamojszczyźnie, ale również o Warszawie. Moi dziadkowie – Bronisław i Janina Piekarscy, którzy w styczniu 1943 roku z sierocińca przy ul. Nowogrodzkiej wzięli na wychowanie pozbawione opieki dziecko, czyli mojego stryja Janka, mieszkali w Warszawie. Spora część opisanych w książce historii dzieje się więc w naszym mieście, choć już po publikacji uświadomiłam sobie, że nigdzie w niej nie padł adres Nowogrodzka, a to tu do dziś mieści się najstarszy w stolicy, bo założony w 1732 roku, Dom Dziecka nr 15 im. ks. Baudoina.

„Syn dwóch matek”, bo do tej ostatniej Twojej książki zmierzamy, to dość niespotykana forma zmieszania reportażu Macieja Piekarskiego, Twojego Ojca i Twoich opowieści skierowanych do Niego. Skąd pomysł na taką właśnie formę. Czy to nowy gatunek literacki?

Nie wiem czy jest to nowa forma. Teraz jak się nad tym zaczęłam teraz zastanawiać to wydaje mi się, że w literaturze pięknej są tego typu utwory pisane w formie pamiętnika, czy listu do zmarłego. Na przykład cały cykl powieści o Zawrociu mojej przyjaciółki Hanny Kowalewskiej. Jej bohaterka prowadzi pamiętnik, w którym zwraca się do zmarłej babki. No, ale to fikcja literacka, a u mnie są fakty historyczne. Chciałam, by reportaż Ojca pozostał w niezmienionej formie, a to dawało spore ograniczenia. Niestety bez tego co ja napisałam reportaż jest niepełny i – nie ukrywajmy – przestarzały. Niepełny, bo ojciec pominął mnóstwo rzeczy, które wtedy prawie 40 lat temu wydawały mu się oczywiste. Przestarzały, bo czytelnik po lekturze miałby sporo pytań. Przede wszystkim o dalsze losy głównego bohatera. Ponadto Ojca część kończyła się apelem do tych, którzy pamiętają tamte lata. A skąd ich dziś wziąć skoro sam stryj Janek dobiega 80-tki? Mogłam dać sam reportaż Ojca i dorobić przypisy, ale wtedy te przypisy mogłyby być bardzo długie. Poza tym jest ryzyko wynikające z tego, że przypisy mało kto czyta. Same przypisy nie byłyby tak poruszające. Wiedziałam, że muszę jakoś Ojca reportaż podzielić i między jego rozdziały dołożyć swoje, w których odniosę się do wątków poruszonych przez Ojca. Właściwie naturalnym stało się, że napisałam je w formie rozmowy, czy listu do Taty. Opowiadam mu o swoich odczuciach, swoich wspomnieniach, a także o tym, co dzieje się ze stryjem Jankiem teraz.

W książce „Syn dwóch matek” starasz się w pewien sposób rozprawiać z wojną i jej okrucieństwem. Świadków tamtych dni, świadków zbrodni na Zamojszczyźnie, bo bohater Twej rozmowy z Ojcem jest właśnie „Dzieckiem Zamojszczyzny”, jest coraz mniej. Co będzie jak ich zabraknie? Czy wtedy okropności wojny i „akcji Zamość” przestaną boleć? A może już nikt, poza historykami, nie będzie o tym pamiętać?

Właśnie nad tym zastanawiam się w książce. Ponieważ żyjemy w czasach, w których historia II wojny światowej jest coraz częściej zakłamywana. Nagle mamy dziwny naród Nazistów zamiast Niemców. Zachwiane są proporcje odpowiedzialności za holokaust, bo nagle czytam, że Polacy są współwinni. Zupełnie jakbyśmy dogadywali się z Hitlerem. Pomijane są zbrodnie Niemców na ludności cywilnej we wrześniu 1939 roku, czy w powstaniu warszawskim. Mówi się sporo o żołnierzach wyklętych, ale coraz częściej mam wrażenie, że pojawiają się w naszej świadomości „żołnierze przeklęci”, czyli żołnierze, którzy przyszli wraz z Berlingiem, a przecież ich jedyną „zbrodnią” jest to, że nie zdążyli do Andersa, bo on już opuścił ZSRR, a oni byli zesłani bardziej w głąb Syberii i kiedy udało się stamtąd wyjść zastali już tylko tę drugą armię. Jednocześnie coraz częściej słyszę pochwałę wystąpień zbrojnych. Nawet ostatnio jeden pan mi powiedział, że szkoda, że w latach 80-tych w Polsce przemiany ustrojowe potoczyły się bezkrwawo, bo wolność nieokupiona krwią nie smakuje tak jak powinna i mamy to co mamy. Czyli gdyby u nas rozstrzelano kogoś, jak Rumunii Nicolae Ceaușescu to bylibyśmy szczęśliwszym narodem. Ja się z tym absolutnie nie zgadzam. Jestem pacyfistą. Boję się wojny. Nie dlatego, że boję się śmierci, bo tej się nie boję, a nawet jestem jej ciekawa, twierdzę zresztą, jak to kiedyś powiedział Lech Wałęsa w jakimś wywiadzie, że na tamtym świecie musi być fajnie, bo gdyby było źle, to ktoś by stamtąd wrócił. Ale boję się okrucieństwa, a wojna zawsze niesie je ze sobą. Ta książka jest właśnie o tym. Jest moją próbą zapisania wszystkiego tego, co w domu mówiło się o wojnie, a co nie zostało przez Ojca zapisane w jego książkach czy artykułach. Jest też opisem, moim zdaniem obiektywnym, bo urodziłam się po wojnie, jakie miała ona skutki dla mojej rodziny – np. to nierozebranie kuchni węglowej, to myślenie, że jak wejdzie wróg to mamy świece itd. To trzymanie różnych rzecz, które mogą się przydać, gdyby wojna znów wybuchła. Paradoksalnie ja też o tym myślę. Też nie rozebrałam kuchni węglowej. Też mam zawsze w domu świece.

Reportażu Twojego Ojca, pt. „Wojenne losy rodziny Tchórzów” z 1978 r. miał ocalić od zapomnienia ważną historię. Ważną dla Zamojszczyzny, dla Dzieci Zamojszczyzny i ważną dla Waszej Rodziny. Książka „Syn dwóch matek” gdzie reportaż łączysz ze swą opowieścią również ma swój cel. Jaki?

Chciałabym, by jej czytelnicy pomyśleli o swoich rodzinach. By zanalizowali ich losy. By postarali się spojrzeć jakie piętno ostatnia wojna wycisnęła na ich pradziadkach, dziadkach, rodzicach i ich samych – urodzonych po wojnie. Czy mają np. dziadka, który na wielkiej kromce chleba kładzie jeden plasterek kiełbasy i jedząc przesuwa go na koniec tej kromki, by zjeść na końcu? Czy ktoś gromadzi rzeczy na później? Czy dojada zepsute jedzenie? To efekt głodu i wojny. W książce sporo miejsca poświęcam rodzinie Mamy. Bo o ile rodzina Ojca to warszawiacy od wielu pokoleń, o tyle mama była klasycznym słoikiem z… Zamojszczyzny właśnie. Miałam więc możliwość porównywania losu jej rodziny z losami rodziny babci Zosi biologicznej mamy stryja Janka. Jeden region, a różny los. Babcia Zosia była analfabetką, a moja babcia Konstancja urodzona ok. 30 kilometrów dalej, umiała czytać i pisać. Ten los był jednak różny m.in. dzięki temu, że jeszcze przed wojną dziadek Julian zabrał swoje „stadko” i przeprowadził się do Chełma. Tam był wielki węzeł kolejowy, a dziadek był ogrodnikiem zatrudnionym przez kolej do obsadzania kwiatami dworców. Niestety miejsce gdzie mieszkali to słynna Rampa Brzeska, czyli ulica przy której był stalag 319. Obóz był za płotem chełmskiego ogrodu moich dziadków. To sprawiło, że np. matka nienawidziła kolędy „Cicha noc”, którą słyszała dobiegającą z obozu w Boże Narodzenie, a i ja mam do niej uraz i nie bardzo lubię ją śpiewać.

W 1943 r. w Warszawie kolejarze „siłą” za trzymali pociąg z dziećmi z Zamojszczyzny. Co się tam stało? Kto jeszcze o tym pamięta? Próbowałaś badać to wydarzenie?

Wydarzenie jest bardzo dobrze opisane w historii i tam już nie ma co badać. Ja próbowałam tylko dociec dokąd szedł transport. Czy do Oświęcimia, jak wtedy mówiła Warszawa, czy gdzie indziej. I nie doszłam do tego. I nigdy nikt już chyba tego nie ustali. Trudno jest ustalić trasę pociągu towarowego, który 75 lat temu nie szedł według stałego rozkładu. Muzeum w Auschwitz ma spis transportów, które doszły do Auschwitz, ale coś takiego jak spis transportów, które miały dojść, a obóz się ich nie doczekał nie istnieje. Jest jednak możliwe, że był to transport idący do Niemiec. Transport dzieci wiezionych na germanizację. Tak tylko przypomnę, że na zgermanizowanie wywieziono z Polski ponad 250 tysięcy dzieci, a po wojnie wróciło ich do kraju zaledwie 800. Pozostałe nie wróciły nie dlatego, że zmarły, ale dlatego, że zostały zgermanizowane i nawet nie wiedzą, że w ich żyłach płynie polska krew. Pisałam o tym w książce, bo jestem dziwnie spokojna, że te dzieci – dziś dorośli ludzie – oglądały niemiecki serial „Nasze matki, nasi ojcowie” i były dumne ze swoich niemieckich rodziców, którzy przeciwstawiali się złemu panu Hitlerowi. Tak to jest, że niewielu Niemców dziś przyznaje, że ich przodkowie byli Hitlerem zafascynowani. Niemcy nigdy nie zapłacili za germanizację polskich dzieci. A w 2005 roku IPN umorzył ledztwo w tej sprawie, bo nie udało si ustali sprawców. Przecie dwu- czy czterolatek, który nie pamitał swojego nazwiska, tym bardziej nie zapamiętał nazwiska pielgniarki zmieniającej mu tosamość.

Życie składa się z wielu wątków. Takim jest los Syna dwóch Matek. Lecz każda historia to splot zdarzeń, ludzi i wątków wiążących je i ich ze sobą. Wiele jest intrygujących i wartych zatrzymania na kartach książek dla pokoleń. Reportażyści miewają ciągły smak pozostawienia spraw, o których chcieliby jeszcze napisać. Czy też tak masz? Czy myślisz, by Zamojszczyźnie poświęcić jeszcze swoje pióro, czas i życie?

Pióro to już raczej nie, bo już wszystko co miałam napisać – napisałam. Natomiast na pewno czas i życie. Teraz staram się promować swoją książkę gdzie się tylko da. Zwłaszcza, że to wszystko może się niestety powtórzyć. Jakiś czas temu widziałam film (oparty zresztą na książce kosztującej 19,33 euro, która to cena jest rokiem dojścia Hitlera do władzy) pt. „On wrócił” („Er ist wieder da”). To historia o tym, jak 70 lat po wojnie w środku miasta budzi się Hitler i zostaje gwiazdą telewizji. Film został nakręcony trochę jak „Borat: Podpatrzone w Ameryce, aby Kazachstan rósł w siłę, a ludzie żyli dostatniej”, czyli oprócz scen fabularnych reżyserowanych, wykorzystywano w nim autentyczne sytuacje. Aktor wcielający się w Hitlera, jawnie głosił poglądy swojej postaci i zawsze niestety znajdowali się ludzie, którzy mu przytakiwali, fotografowali się z nim, a nawet brali autografy. To mnie przeraża. „Oby nigdy wojny” – mówi w filmie Hanny Etemadi o „Dzieciach Zamojszczyzny” rodzona siostra stryja Janka – ciocia Walerka. A ja za nią ciągle to powtarzam jak mantrę. Ale boję się, że to utopia. Człowiek to jednak straszne bydlę. Niszczy swój własny gatunek bez żadnego, naprawdę logicznego powodu. Uważam, że jest rakiem tej planety. A ja, jako część tego raka, staram się być jego łagodniejszą postacią. Dlatego piszę.

Dziękujemy bardzo.
Rozmawiał Michał Pawlik
Źródło: http://www.warszawa.pl/za-oknem/syn-dwoch-matek/

13 marca 2017
by Małgorzata Karolina Piekarska
0 comments

Numer 1 (8)/2017 „Podglądu” już na stronie

Ukazał się właśnie pierwszy w tym roku, a ósmy w ogóle, numer Kwartalnika Literackiego „Podgląd”, wydawanego przez Oddział Warszawski Stowarzyszenia Pisarzy Polskich. Kwartalnik jest bezpłatny. Sfinansowany został z funduszy własnych Oddziału Warszawskiego SPP przy niewielkim udziale prywatnych sponsorów w postaci majętniejszych członków.
Każdy chętny i ciekaw zawartości kwartalnika, może zapoznać się z jego treścią, pobierając pismo ze strony internetowej kwartalnika w formacie PDF, a także MOBI i EPUB. http://podglad.com.pl
Ten numer należy do grubszych, gdyż drukowana wersja liczy przeszło 200 stron. To klasyczny kwartalnik literacki, w którym publikowane są utwory literackie. Od tych dostępnych na rynku różni się przede wszystkim zestawem autorów. W piśmie publikują bowiem tylko członkowie Oddziału Warszawskiego Stowarzyszenia Pisarzy Polskich (lub są tam zamieszczane teksty krytyczne dotyczące ich twórczości). Są to zarówno ich utwory literackie jak i tłumaczenia. Niewiele osób wie, że Stowarzyszenie Pisarzy Polskich jest organizacją twórczą z tradycjami, a w jego szeregach były wielkie postaci literatury polskiej, jak nobliści – Czesław Miłosz i Wisława Szymborska, a także wybitni twórcy, jak m.in. Tadeusz Konwicki, Tadeusz Różewicz czy Agnieszka Osiecka. By zostać członkiem SPP trzeba nie tylko wykazać się dorobkiem literackim i mieć dwóch członków wprowadzających, ale też przejść przez ostre sito komisji kwalifikacyjnej, w skład której wchodzą wybitne osobistości z Instytutu Badań Literackich PAN i polskich uczelni wyższych. Oddział Warszawski SPP liczy ponad 400 członków (ich spis jest dostępny na stronie http://sppwarszawa.pl).

Każdy numer kwartalnika zawiera zarówno fragmenty poważnych książek, jak i tych trochę lżejszych. To literatura faktu, science fiction, książki dla dzieci, dla młodzieży, a także poezja, krytyka literacka, felietony, fragmenty utworów dramatycznych (słuchowisk) oraz tłumaczeń, gdyż wśród naszych członków są zarówno prozaicy, poeci czy dramatopisarze, ale też krytycy literaccy i tłumacze literatury pięknej. Tym razem tłumaczenia z jęz. bałkańskich, niemieckiego, francuskiego i angielskiego.

Oprócz klasycznego prezesowskiego wstępniaka… i wieści z OW SPP twórczość naszych członków (lub o twórczości naszych członków) oraz tłumaczonych przez nich autorów. Listę wszystkich nazwisk podajemy w porządku alfabetycznym: Janusz Andrzejczak, Anna Bańkowska, Zofia Beszczyńska, Krzysztof Beś́ka, Krzysztof Bielecki, Jerzy Binkowski, Tamara Bołdak‐Janowska, Jorge Luis Borges, Katarzyna Boruń‐Jagodzińska, William Boyd, Wojciech Chmielewski, Stefan Chwin, Joe Dassin, Paweł Dunin‐Wąsowicz, Krzysztof Dybciak, William Faulkner, Danuta Gałecka‐Krajewska, Johann Wolfgang Goethe, William Golding, Grzegorz Gortat, Jan P. Grabowski, Ryszarda Grzybowska, Joanna Jagiełło, Krystyna Januszewska, Maria Jentys‐Borelowska, Eugeniusz Kasjanowicz, Boris Jovanović Kastel, Andrzej Tadeusz Kijowski, Janusz Adam Kobierski, Gabriela Kurylewicz, Krystyna Lars, Jan Lechoń, Krystyna Lenkowska, Adam Lizakowski, Grzegorz Łatuszyński, Jerzy Marciniak, Jacek Moskwa, Piotr Müldner‐Nieckowski, Anna Nasiłowska, Mariusz Olbromski, Wiesława Oramus, Jacek Pankiewicz, Joanna Papuzińska, Alicja Patey‐Grabowska, Nick Payne, Jan Krzysztof Piasecki, Małgorzata Karolina Piekarska, Maciej Piekarski, Antoni Pieńkowski, Krystyna Rodowska, Barbara Rosiek, Krzysztof Rudziński, Krzysztof Schreyer, Joanna Sendłak, Jerzy Sikora, Andrzej Sobol‐Jurczykowski, Agnieszka Stabro, Małgorzata Strękowska‐Zaremba, Konrad Sutarski, Jerzy Śleszyński, Kazimierz Świegocki, Grzegorz Walczak, Piotr Wojciechowski, Elżbieta Woźniak, Katarzyna Wójcik, Zbigniew Zbikowski.

Lektura każdego numeru „Podglądu” to nie tylko okazja do zapoznania się z tym, kto jest członkiem Stowarzyszenia oraz jak i co pisze, ale też pomoc w podjęciu decyzji, jaki tytuł wart jest zakupu, jaki utwór chcemy poznać w całości. Pismo oddaje różnorodność literacką Stowarzyszenia.
W skład redakcji wchodzą członkowie zarządu oddziału i to oni pracują nad pismem.
Zachęcamy do zapoznania się z wersją PDF pisma na stronie http://podglad.com.pl
Pismo nie płaci honorariów, nie wypłaca pensji, a praca przy nim jest społeczna.
Powstało, by pokazać szerszemu ogółowi naszego społeczeństwa, że istnieje Stowarzyszenie Pisarzy Polskich, oraz jaki potencjał ma literatura wysoka tworzona przez twórców (nie celebrytów) największego jego oddziału, czyli Oddziału Warszawskiego.
Kultura polska to nie tylko kultura masowa, zdominowana przez słupki popularności i wszechobecna w mediach, to także kultura skierowana do bardziej wymagającego odbiorcy. Chcemy dać mu możliwość jej poznania (bezpłatnego).
Nakład papierowy wynosi 350 egzemplarzy.
Wersja papierowa w formacie A-5 wydawana jest w tak niewielkim nakładzie, gdyż kwartalnik ukazuje się przede wszystkim w wersji on-line.
Z wersją papierową będzie można się zapoznać już wkrótce odwiedzając warszawskie biblioteki publiczne (oraz polskie biblioteki posiadające tzw. egzemplarz obowiązkowy), a także Bibliotekę Domu Literatury przy Krakowskim Przedmieściu. Będzie ona również dostępny w Domu Literatury (w kawiarni „Literatka” i pokojach gościnnych), a także poza Warszawą, w pokojach gościnnych Domu Pracy Twórczej „Astoria” im. S. Żeromskiego w Zakopanem.

7 marca 2017
by Małgorzata Karolina Piekarska
0 comments

Kolejna recenzja „LO-terii”

Ukazała się kolejna recenzja LO-terii. Tym razem na portalu poradniczym prowadzonym przez Allegro, które stara się recenzować książki znajdujące się w internetowych sklepach korzystających z platformy Allegro. Napisała ją Katarzyna Sawicka „Absolwentka wydziałów kolejno filologii polskiej (AH w Pułtusku) oraz psychologii (SWPS w Warszawie). Wielką namiętnością darzy literaturę, ale pasjonuje się również odkrywaniem tajników ludzkiej psychiki. Uwielbia w związku z tym połączenie obydwu tych pasji w literaturze, a szczególnie powieści, które wymagają dużego zaangażowania emocjonalnego i intelektualnego.” Co napisała? 

Powieść dla młodzieży, która wychowuje? Która nie poprzestaje na romantycznym banale jako wątku głównym, ale mierzy się z szerszą problematyką? We współczesnych wydawnictwach to rzadkość. Po pierwsze, jeśli nie ma motywu miłosnego lub fantastycznego, to książka się kiepsko sprzedaje, bo nuda. Po drugie, mało autorów bierze na warsztat takie powieści.
A jednak pojawiają się takie perełki, które warto polecić. Nawet jeśli z drobnymi wadami, to nadal przedstawiają zdecydowanie mądrzejsze tematy i podejmują się opisywania naprawdę życiowych sytuacji. Takimi powieściami są właśnie te, która napisała Małgorzata Karolina Piekarska.

Klasa pani Czajki

„Klasa pani Czajki”, o której wypada wspomnieć przy okazji omawiania jej kontynuacji, miała niebanalny początek jako seria odcinkowa publikowana w kolejnych numerach dwutygodnika dla gimnazjalistów „Victor Gimnazjalista”. Opowieści okazały się tak popularne i doceniane, nie tylko przez młodych czytelników, że zostały zebrane w całość i wydane w formie książkowej, z bonusem dla fanów w postaci kilku niepublikowanych dotąd opowiadań. Dzięki tej popularności powstała kontynuacja losów bohaterów z klasy pani Czajki, których czytelnik może obserwować podczas pierwszych licealnych wzlotów i upadków.

„LO-teria” ma więc bardzo podobną strukturę ciągu mini historii, dając tym samym możliwość przyjrzenia się kolejnym bohaterom pod kątem ich osobistych perypetii oraz szkolnych sytuacji. Wszystko to zaś jest wydane w bardzo fajnej, nowej edycji Naszej Księgarni.

Polonistka zołza i inne zakręty losu

Uczniowie pani Czajki już nie są w komplecie w jednej klasie, jednakże nadal utrzymują ze sobą kontakt i ich przyjaźń wygrywa tę próbę przestrzeni i czasu. Zaczyna się właściwie niewinnie od problemów z nową polonistką, która szybko pokazuje, że ma uczniów w pogardzie i każdy pretekst, by im dopiec, jest doskonały. Dość szybko za ofiary obiera Małgosię i Maćka, którzy według niej obnoszą się ze swoim uczuciem, choć tylko doszło do pocałunku w policzek, i prędko ujawnia całej klasie, że może w niej zostać wielu „spadochroniarzy”. Jednakże ta komplikacja szybko stanie się mniej istotna, gdy przed byłą klasą pani Czajki pojawią się naprawdę poważne problemy. I nie będzie to złamane serce, ale sytuacje podbramkowe – samobójstwo kolegi, zniknięcie koleżanki, niechciana ciąża czy coś tak dramatycznego w życiu młodego człowieka jak śmierć w wypadku drogowym. Autorka nie oszczędza swoich bohaterów, wprowadzając ich w dorosłość w jej kolejnych, naprawdę czasami brutalnych etapach. Aczkolwiek w tym wszystkim jest także miłość i nadzieja na przyszłość, jest czas na wspólne wygłupy i zabawę, jest więc wszystko, co w życiu zarówno ważne, jak i konieczne do przetrwania w trudnych momentach. I dlatego właśnie „LO-teria” to taka wyjątkowa pozycja, do której warto zachęcać.

Miłość i życie

Z byłej klasy pani Czajki nadal mamy pary, które już wtedy się zawiązały lub zaczynało między nimi iskrzyć. Małgosia z Maćkiem będą przeżywać kolejne wtajemniczenia w swoim związku, ale i ich nie ominą problemy. Czarny Michał z Kingą muszą zmierzyć się z problemem zdrady, zaś Kamila zostanie po raz kolejny postawiona przed trudnym wyborem między Olkiem a Wojtkiem, choć tym razem nie z powodu mętliku we własnych uczuciach.

Młodzi ludzie w książce Piekarskiej popełniają zarówno głupstwa, jak i wykazują się mądrością, której niejeden dorosły mógłby pozazdrościć. Przed nimi trudne samodzielne decyzje oraz niełatwe wybory związane z tym, co przynosi im los. Bo przecież życie nie kończy się na szkole, a w domu nie zawsze wszystko się dobrze układa.

Otwarte zakończenie całości pozwala czytelnikom oczekiwać kontynuacji i poznania losów bohaterów w kolejnych latach. Osobiście mam szczerą nadzieję, że autorka nie poprzestanie na dwóch książkach o klasie pani Czajki i stworzy z tej historii przynajmniej trylogię. Tymczasem z całego serca polecam lekturę zarówno pierwszej, jak i drugiej części cyklu. Do tego zapewniam, że przeczytanie tylko drugiego tomu również będzie zasadne, a wszystko dzięki sprawnie poprowadzonej fabule wyjaśniającej poprzednie perypetie młodzieży. Szczerze zachęcam do sięgnięcia po książki Małgorzaty Piekarskiej.

2 marca 2017

autor: Katarzyna Sawicka

Źródło: https://allegro.pl/artykul/lo-teria-malgorzata-karolina-piekarska-recenzja-EY1RXx429HV

22 lutego 2017
by Małgorzata Karolina Piekarska
0 comments

Kolejna recenzja książki „Syn dwóch matek”

Ukazała się kolejna recenzja książki „Syn dwóch matek”. Myślę, że Tata bardzo by się z niej ucieszył.

„Syn dwóch matek”. Ożywiony reportaż wojenny.

Tragedia Zamojszczyzny znalazła swoje miejsce w wydanej parę lat temu „Małej zagładzie” Anny Janko, jednak okazuje się, że o tym wojennym nieszczęściu można napisać więcej. Dobrze się składa, że w momencie gdy trwa ofensywa informacyjna na temat niemieckich obozów śmierci, wciąż pojawiają się na rynku książki, które w jasny sposób pokazują, kto odpowiada za zbrodnie związane z II wojną światową. I że nie stoją za nimi żadni tajemniczy naziści, ale Niemcy, którzy najpierw gremialnie poparli Adolfa Hitlera, a potem do końca sprzyjali jego działaniom, tym wewnętrznym i tym zewnętrznym. „Syn dwóch matek” to pozycja mówiąca o wojnie; można by powiedzieć, że po raz kolejny, jednak sposób opowiadania autorki, córki znanego dziennikarza Macieja Piekarskiego, Małgorzaty Karoliny Piekarskiej, jest dość oryginalny. Poza tym tematyka zagłady ziemi zamojskiej dość rzadko pojawia się w naszym piśmiennictwie. Z tych dwóch powodów „Syn dwóch matek” to interesująca relacja, która ukazując losy jednego człowieka, przedstawia powszechny problem, którym było porywanie dzieci polskich przez Niemców.

Tym człowiekiem jest Jan Tchórz, znany osobiście autorce. Lecz nie ona pierwsza zaczęła opowiadać tę historię. Na początku był reportaż jej ojca, Macieja Piekarskiego, który ukazał się w „Stolicy” – kiedyś ogólnopolskim magazynie ilustrowanym, dzisiaj – periodyku wychodzącym jedynie w Warszawie. Reportaż ten dotyczył człowieka, który z powodów wojennych perturbacji został oddany przez biologiczną matkę innej kobiecie, aby za jakiś czas przejść drogę powrotną. W tle, oczywiście, trwała wojna, a Zamojszczyzna powoli zamieniała się w przestrzeń życiową dla prawdziwych Aryjczyków. Nie od dziś bowiem wiadomo, że rasa panów upodobała sobie sielskie krajobrazy, pełne pięknych widoków i czystego powietrza. A tam nie było miejsca dla podludzi.

Autorka, snując historię, opowiada o swoim pierwszym zetknięciu się z reportażem ojca. Miała wówczas dziewięć lat, a wojnę kojarzyła z „Czterech pancernych i psa”. Nic więc dziwnego, że tekst opisujący wstrząsające losy małego chłopca zrobił na niej wielkie wrażenie „Syn dwóch matek” powraca więc również do tamtego reportażu. Jest relacją, która opisuje losy bohatera z dwóch perspektyw: ojca i córki – obojga dziennikarzy. Starszy tekst jest typowo dziennikarską relacją z odkrywania prawdy o wojennych losach bohaterów, a nowszy ma formę listu do nieżyjącego już Macieja Piekarskiego, który zmarł osiemnaście lat temu. W tym intymnym zwierzeniu autorka pisze nie tylko o Janie Tchórzu, ale rekonstruuje niełatwe losy własnej rodziny. Zresztą główny bohater to również członek familii, bo jest stryjem autorki. Dzięki temu zabiegowi łatwo zauważyć różnice między męskim a kobiecym relacjonowaniem faktów. „Syn dwóch matek” ma też nieprzypadkowo podwójne autorstwo, jest przecież książką, która nie mogłaby powstać bez poprzedzającego ją reportażu.

Reportaż wojenny to gatunek nieco już zapomniany, wszak odchodzą ostatni świadkowie tego konfliktu, którym była II wojna światowa. Małgorzata Karolina Piekarska ożywia ten rodzaj relacji, nadając jej niezwykle osobistego charakteru, w końcu pisze o sprawach doskonale przez nią znanych. A że przy okazji upomina się o sprawstwo Niemców, nie nazistów, jest dobrym pretekstem do sięgnięcia po „Syna dwóch matek”. Bo, co prawda, wojna skończyła się 72 lata temu, ale kłamstwa na jej temat wciąż są powtarzane.

Autor: Michał Żarski

Źródło: http://wpolityce.pl/kultura/328295-syn-dwoch-matek-ozywiony-reportaz-wojenny-recenzja