MAŁGORZATA KAROLINA PIEKARSKA

pisarka, dziennikarka

12 kwietnia 2017
by Małgorzata Karolina Piekarska
0 comments

Recenzja z miesięcznika „Stolica”

W najnowszym numerze miesięcznika Stolica ukazała się recenzja książki „Syn dwóch matek”. Dla mnie to bardzo ważne, bo wszystko zaczęło się przecież od ojcowskiego artykułu, który właśnie pod tytułem „Syn dwóch matek” ukazał się na łamach Stolicy wiosną 1976 roku. Pod artykułem pomylono się i podpisano Ojca imieniem „Mieczysław”, co przypomniałam sobie pisząc książkę, bo zajrzałam do starego artykułu. Wtedy „Stolica” była tygodnikiem. Teraz jest miesięcznikiem. Ale tak, jak wtedy, tak i teraz zajmuje się sprawami Warszawy i jej historią. Po tamtym artykule Stryj (bohater książki) niespodziewanie zjawił się u nas w domu. Teraz wszyscy mamy telefony. Można więc kontaktować się niemal codziennie.

Niezwykła historia dziecka Zamojszczyzny

W czasie okupacji żyzne ziemie stały się przekleństwem Zamojszczyzny. Naziści planowali osiedlenie tu tysięcy niemieckich osadników z Rzeszy i państw sojuszniczych. W listopadzie 1942 r. Rozpoczęli tzw. Aktion Zamość (trwała do marca 1943), czyli masowe wysiedlanie polskich mieszkańców (łącznie ponad 100 tys.), a wszelki opór dławili okrutnymi pacyfikacjami. Straszny los spotkał dzieci mieszkające na Zamojszczyźnie. Ponad 30 tys. Niemcy odebrali rodzicom – swoje ofiary przetrzymywali w obozach koncentracyjnych i poddawali selekcji rasowej. Dzieci „niezdatne” do germanizacji mordowano lub wysyłano do obozów pracy przymusowej, pozostałym narzucano przyjęcie nowej tożsamości, a potem wysyłano do niemieckich rodzin i sierocińców, w których traciły umiejętność mówienia po polsku. Pamięć o tragedii dzieci Zamojszczyzny była żywa i pielęgnowana w PRL. W III RP zaczęła wygasać – może dlatego, że świadkowie wymierają, a może dlatego, że twórcy państwowej i medialnej polityki historycznej ze znanych sobie powodów nie chcą o sprawie przypominać. Dwa lata temu w książce Mała Zagłada temat przywołała Anna Janko. A teraz w księgarniach pojawił się warszawski przyczynek do dziejów dzieci Zamojszczyzny – książka Małgorzaty Karoliny Piekarskiej i Macieja Piekarskiego Syn dwóch matek.
Dziadkowie Piekarskiej adoptowali w 1943 r. Dwuletniego chłopca, który trafił do sierocińca z jednego z transportów z Auschwitz. Zaalarmowani przez polskich kolejarzy mieszkańcy Warszawy tłumem zjawili się na bocznicy kolejowej, na której pociąg z dziećmi oczekiwał na dalszą podróż i, nie napotykając na niemal żaden opór zaskoczonych Niemców, zabrali małych więźniów. Chłopiec wychowywał się przez dwa lata w nowej rodzinie – jako przybrany młodszy brat ojca Piekarskiej, Macieja (późniejszego znanego dziennikarza m.in. Telewizyjnego Kuriera Warszawskiego). Czteroletni chłopiec, Janek Tchórz, został ostatecznie odebrany przybranym rodzicom i wrócił do rodzonej matki. Jednak więź z ludźmi, którzy go przygarnęli nie wygasała, rodziny zamojskich chłopów Tchórzów i warszawskich mieszczan Piekarskich zachowały mocne i serdeczne relacje już na zawsze.
W latach 70. Maciej Piekarski napisał do „Stolicy” artykuł o losach swojego przybranego brata i tragedii dzieci Zamojszczyzny. Napisał także duży reportaż, który nie znalazł wtedy wydawcy. Jego córka wykorzystała tekst reportażu do stworzenia swoistego dialogu ze zmarłym ojcem, opowiadającego niezwykłą historię uratowanego dziecka i jego obydwu rodzin. Historię rzeczywiście pasjonującą, przedstawianą z bardzo szerokimi kontekstami losów rodzinnych, nie sprawozdawczo, ale przez pryzmat emocji Piekarskiej. Choć na czytelnika najmocniej zadziałają tu fakty, a nie autoanalizy współautorki. A historia warszawskich kolejarzy zatrzymujących transport śmierci i mieszczan w pospolitym ruszeniu zabierających sprzed nosa niemieckich strażników setki zamojskich dzieci godna jest poznania i w całości i w przedstawionym przez Piekarskich wycinku. [JG]

Stolica nr 4/2017

7 kwietnia 2017
by Małgorzata Karolina Piekarska
0 comments

List do Pana Prezesa TVP Jacka Kurskiego

Po przeszło 20 latach zdecydowałam się na odejście z TVP. Oto mój list do Pana Prezesa TVP Jacka Kurskiego.

Warszawa, 7 kwietnia 2017

Do:
Pan Jacek Kurski
Prezes TVP S.A.
ul. Woronicza 17
Warszawa

Szanowny Panie Prezesie,

chciałam na Pańskie ręce przekazać oficjalną rezygnację ze współpracy z Telewizją Polską. Jest to dla mnie niezwykle trudna decyzja, ale muszę ją podjąć, by być w zgodzie z samą sobą. By móc rano w lustrze patrzeć sobie w twarz. Tylko ja wiem, ile nieprzespanych nocy kosztowało mnie jej podjęcie. To na korytarzach TVP się wychowałam, gdyż byłam przedszkolakiem, kiedy pracę w Telewizji Polskiej rozpoczynał mój Ojciec Maciej Piekarski, którego imię nosi dziś Studio D na pl. Powstańców. Nigdy nie myślałam, że będę pracować w TVP, ale tak się stało, i przez 20 lat to Telewizja Polska była moim drugim domem. Przez te ponad 20 lat nie przypuszczałam jednak, że będę kiedyś chciała ten dom opuścić.

Myślę, że inaczej rozumiemy termin „telewizja publiczna”. Dla mnie oznacza on telewizję dla wszystkich. Misją zaś telewizji publicznej powinna być edukacja, rozrywka i przedstawianie poglądów różnych ludzi, a także wszystkich opcji politycznych. Dla Pana – a sądzę tak, śledząc anteny – telewizja publiczna jest telewizją dla odbiorcy o jedynych słusznych poglądach.

Uważam się za państwowca, czyli zawsze przyjmuję do wiadomości wyniki demokratycznych wyborów – zarówno prezydenckich, parlamentarnych, jak i samorządowych. Podczas ostatnich czterech tur różnych wyborów zasiadałam w komisjach wyborczych.

Przez przeszło 20 lat współpracowałam z TVP. Miałam 29 lat, gdy przyszłam do pracy jako reporterka nadawanego na antenie TVP Warszawa (wtedy WOT) programu kulturalnego „Co? Gdzie? Kiedy?”. Pracowałam przez przeszło 20 lat jako reporterka „Telewizyjnego Kuriera Warszawskiego”. Zrealizowałam dla TVP kilkadziesiąt dużych reportaży i filmów dokumentalnych (m.in. kilka o starej Warszawie, jej historii, legendach itd., o ulicznych grajkach, o Warszawie w książkach Adama Bahdaja, o bazarze Różyckiego, o Janie Łomnickim, Marii Kaniewskiej, Irenie Jurgielewiczowej, Stanisławie Grzesiuku, zespole TSA, Czesławie Niemenie, o pogrzebie Jana Pawła II, o 60-rocznicy ślubu małżonków Tyrajskich – pary powstańców warszawskich, o tym jak wygląda wizyta duszpasterska, na którą wybrałam się z kamerą ze ś.p. księdzem Romanem Indrzejczykiem itd.). Realizowałam różne programy. M.in.: muzyczne: „Dżingiel” czy „Patefon”, a po śmierci Ojca kontynuowałam jego magazyn kombatancki „Wiarus”. Miałam i swój program „Detektyw warszawski, czyli na tropie miejskich tajemnic”. Współpracowałam też z wieloma programami i antenami TVP. Łącznie dla Telewizji Polskiej przygotowałam wiele tysięcy dłuższych i krótszych materiałów filmowych. Jednak przez te wszystkie lata to właśnie „Telewizyjnemu Kurierowi Warszawskiemu” pozostałam wierna, choć tu zarabiało się i nadal zarabia najmniejsze pieniądze w TVP w Warszawie. Bywa, że za jeden news dostaje się 1/5 a nawet 1/10 stawki, jaką otrzymują reporterzy np. „Wiadomości”, choć do jego przygotowania potrzebna jest taka sama praca i wiedza, a czasem nawet większa. Jednak pieniądze nigdy nie były dla mnie najważniejsze. Dlatego nigdy nie zdecydowałam się na przyjęcie bardziej intratnych propozycji pracy i odejście gdzie indziej, choć miałam takie propozycje, a przez te przeszło 20 lat tylko raz w życiu moja miesięczna wypłata z TVP przekroczyła 6 tysięcy złotych, mimo że bywały miesiące, gdy nie wychodziłam z redakcji. Przez lata spędzałam w niej Sylwestry, Boże Narodzenia, Wielkanoce i długie weekendy majowe. Pamiętam wszystkich swoich dyrektorów. Obecnego, który pełni obowiązki, nawet nie widziałam. Zresztą… w redakcji jestem już tylko duchem. Od października nie ma mnie na grafiku reporterów „Telewizyjnego Kuriera Warszawskiego”. Podobno dlatego, że nie jestem w stanie być reporterem 25 dni w miesiącu. Cóż… tak jest od mniej więcej od 10 lat, kiedy zaczęłam spełniać swoje największe marzenie o byciu pisarką i wreszcie w miarę regularnie publikować książki. Muszę mieć czas na ich pisanie, promowanie, spotkania autorskie z czytelnikami etc. Poza tym sporo pracuję społecznie. Poprzedni szefowie redakcji zawsze wykazywali się zrozumieniem.

Przez te przeszło 20 lat współpracy TVP nigdy nie dała mi etatu. Rozumiałam to. Taka jest cena wolności przekonań i odmowy bratania się z jakimikolwiek partiami. Ponieważ partię, która dała Panu władzę nad TVP, trzeba kochać, a nie jedynie tolerować, co zwykłam odczuwać w stosunku do wszystkich partii politycznych, stąd m.in. decyzja o moim odejściu z TVP. Zapewniam, że nie jest ona związana z tym, że od października nie ma mnie na grafiku reporterów „Telewizyjnego Kuriera Warszawskiego”, bo przecież pozwolono mi przychodzić do pracy poza grafikiem. Skorzystałam z tego przywileju tylko raz w styczniu, by przygotować relację z pogrzebu Joanny Jurandot długoletniej realizatorki TVP, którą znałam osobiście. Od października miałam naprawdę sporo czasu na przemyślenie swojej decyzji, a głód zaglądający mi w oczy tylko wyostrzył zmysły. Nie jest to też związane z tym, że moje propozycje programów kulturalnych i historycznych (bo w tym się przecież specjalizuję – przez ostatnie 17 lat relacjonowałam m.in. obchody kolejnych rocznic wszystkich powstań narodowych, kolejne odkrycia na „Łączce”, pogrzeby ważnych osobistości ze świata kultury i historii, etc.), choć spotkały się z uznaniem kierownictwa stacji, nie zostały skierowane do produkcji, gdyż władze nie znalazły pieniędzy na ich realizację. Nie piszę tego też dlatego, że moja propozycja filmu dokumentalnego o 95-letnim powstańcu warszawskim, który zgodził się przejść ze mną swój szlak bojowy, a która również spotkała się z uznaniem, nie została, mimo obietnic, skierowana do produkcji z powodów finansowych. Ja to świetnie rozumiem. Nikt nie będzie się pochylał nad moimi propozycjami, bo nie jestem człowiekiem z Pańskiego układu. Zresztą nigdy nie byłam w żadnym układzie. Dlatego zawsze byłam współpracownikiem, a nigdy pracownikiem etatowym. Dlatego zawsze przy zmianach władzy w TVP musiałam udowadniać, że nie jestem wielbłądem. Po raz pierwszy mam tego udowadniania dosyć. Dlaczego? Te prawie pół roku siedzenia w domu sprawiło, że starannie obejrzałam ofertę programową TVP i nie jestem w stanie zaakceptować tego, co dzieje się na większości anten Telewizji Polskiej. Programy informacyjne stały się tubą propagandową obecnej władzy, która słusznie żądając, by społeczeństwo uznało wynik demokratycznych wyborów parlamentarnych czy prezydenckich, sama nie uznaje wyniku wyborów samorządowych czy na prezydenta m.st. Warszawy! „Telewizyjny Kurier Warszawski” ze współpracy z którym byłam zawsze dumna, bo to najstarszy program informacyjny w TVP, za Pana prezesury stał się programem z tezą i na dodatek wmieszanym w tzw. wielką politykę. Przez lata jego dziennikarze nigdy nie klękali przed władzami miasta. Wszyscy prezydenci Warszawy w rozmowach na temat programu zgodnie podkreślali, że punktowaliśmy ich potknięcia. Często byliśmy bezlitośni. Zawsze jednak też chwaliliśmy, kiedy robili coś dobrego dla stolicy, bo to Warszawa, jako miasto była dla nas (jego reporterów) najważniejsza. Tymczasem przez ostatnie miesiące także z tego programu sączy się jad. Może nie aż taki jak z ogólnopolskich programów informacyjnych, ale jednak jad.

Zawsze stawałam w obronie swojej stacji. Dawałam temu wyraz w felietonach na moim blogu „W świecie absurdów”. A także w liście wysłanym w swoim czasie do redakcji „Gazety Wyborczej”, kiedy startował TVN Warszawa, a nam niemal odmawiano racji bytu. Dawałam wyraz również w liście do śp. Andrzeja Wajdy, kiedy publicznie nas krytykował i radził zaorać. Byłam w stosunku do firmy lojalna, choć nie ślepa.

Nie byłam w tym podejściu do TVP sama. Jednak w ostatnim roku TVP opuściło wielu dziennikarzy, którzy przez lata byli lojalni wobec firmy, mimo zmieniających się rządzących nią władz.

Dziennikarstwa uczył mnie m.in. mój Ojciec Maciej Piekarski, który jak mantrę powtarzał, że dziennikarz jako przedstawiciel czwartej władzy powinien zawsze patrzeć rządzącym na ręce, a podczas realizowania materiałów dziennikarskich powinien pamiętać starą łacińską sentencję prawniczą: „audiatur et altera pars”, co oznacza: „należy wysłuchać drugiej strony”. Myślę, że patrząc na obecne programy TVP, przewraca się w grobie, bo niemal wszystkie programy publicystyczne i informacyjne ją łamią, a kiedy nawet wysłuchiwana jest ta druga strona, to często jej wypowiedziom towarzyszy zjadliwy komentarz. Co do patrzenia obecnej władzy na ręce to nawet nie wiem, co napisać, bo słów mi brak.

Od początku Pana prezesury śledzę Pana poczynania personalne. Rozumiem, że zwolnił Pan dziennikarzy, którzy Panu nie pasowali – miał Pan do tego prawo. Rozumiem, że zatrudnieni przez Pana dyrektorzy pozdejmowali z anten różne programy – mieli do tego prawo. Rozumiem, że pozatrudniał Pan swoich znajomych – wszyscy lubimy pracować z przyjaciółmi. Nie jestem jednak w stanie zrozumieć tego, że w telewizji publicznej znaleźli zatrudnienie i są obecni na antenie ludzie warsztatowo mierni lub żadni! „Dobra zmiana” w Pana wykonaniu to w wielu przypadkach zastąpienie zawodowców amatorami! Ja już pomijam treść programów, bo nie chcę wchodzić w politykę, ale zarówno warsztat jak i forma pozostawiają wiele do życzenia. Proszę nie wierzyć w to, że cel uświęca środki! Te końcówki „om” w narzędniku! Te akcenty! Ta fatalna dykcja przypominająca bełkot, ta straszna składnia, gramatyka etc. Kiedyś nie wpuszczano na antenę ludzi, którzy nie mieli karty ekranowej. Jej zdobycie nie było zresztą prostą sprawą. Komisja Karty Ekranowej przy Akademii Telewizyjnej była surowa. Sama podchodziłam do egzaminu kilka razy. W 2005 roku dostałam kartę na rok. Dopiero w 2009 przyznano mi ją bezterminowo. Nie chce mi się wierzyć, by ludzie czytający teksty na antenie w programach informacyjnych mieli te karty. A jeśli je mają, pozostaje pytanie, kto im je dał?

Kto kolauduje obecnie emitowane programy i reportaże? Niektóre z nich nie powinny nigdy ujrzeć światła dziennego w telewizji publicznej! Telewizje komercyjne mogą sobie emitować, co chcą! Publiczna powinna trzymać najwyższy poziom!

Przyznam, że chciałam odejść już w lipcu ubiegłego roku, gdy na antenie mojej macierzystej stacji wyemitowano pierwszy odcinek programu „Studio Yayo”. W tym miejscu chcę prosić, by pozwolił Pan, że będzie to jedyny firmowany przez Pana ekipę program, którego nazwę wymienię. Nie chcę bowiem nikogo z obecnych dziennikarzy zranić, mimo bardzo krytycznej oceny ich pracy, bo nie wiem, na ile to co robią, wynika z nich samych, a na ile jest to wpływ rozkazów płynący z góry, zaś oboje wiemy, że takie rozkazy są wydawane. Liczę zaś na to, że przygotowujący „Studio Yayo” tzw. „satyrycy” potrafią śmiać się z siebie, bo przynajmniej teoretycznie powinni. Już po emisji pierwszego odcinka tego „yaycowania” chciałam do Pana napisać, bo czegoś tak skandalicznie i żenująco złego nigdy w życiu na antenie TVP nie oglądałam. Moi przyjaciele, nawet ci, którzy w ostatnich wyborach głosowali na partię, z której szeregów się Pan wywodzi, byli równie jak ja załamani poziomem i wykonaniem tej osobliwej „satyry”. Pomyślałam jednak, że może to jakiś eksperyment? Gdy po pierwszym odcinku zdjęto to „coś” z anteny ucieszyłam się. Uznałam, że jednak nowe władze TVP potrafią odróżnić ziarno od plew. Niestety kazał Pan przywrócić to kuriozum, pozwalając, by ów „program” stał się w tej chwili już kultowym (mimo nieobecności od stycznia na antenie) symbolem „dobrej zmiany w TVP.” Dla mnie o tyle bolesnym, że emitowanym ze studia imienia mojego Ojca.

To m.in. z tego powodu, gdy jesienią ubiegłego roku wychodziła moja ostatnia książka „Syn dwóch matek”, napisana zresztą do spółki z nieżyjącym Ojcem, a poświęcona zagładzie Zamojszczyzny, po raz pierwszy nie poprosiłam TVP o patronat nad publikacją.

W moim odczuciu, ludzie, których Pan promuje byli nieobecni w poprzednich latach na antenie TVP nie z powodów politycznych, ale z powodu ich zawodowej marności. Przed Pańską prezesurą w większości przypadków TVP dbała o poziom swoich programów i nawet jeśli zdarzały się propozycje słabsze, to nie było ich aż tyle. Poza tym nawet najsłabszy program nie był tak żenujący jak niektóre z obecnych. Kiedyś, gdy moi domownicy przełączali pilotem kanały w telewizorze, bez patrzenia na ekran bezbłędnie poznawałam niszowe stacje po amatorskim lektorze czy prezenterze. Teraz ta amatorszczyzna jest w TVP i to jest prawdziwa przyczyna, dla której nie jestem w stanie dłużej utożsamiać się z Telewizją Polską.

Piszę do Pana ten list naprawdę płacząc, bo zdaję sobie sprawę, że jest to być może koniec mnie jako dziennikarki telewizyjnej, a naprawdę kocham swoją pracę i swoje w niej miejsce. Nie jestem niestety osobą, która widzi się w stacjach komercyjnych. Te, goniąc za słupkami oglądalności, bardzo rzadko produkują takie rzeczy, których przygotowywaniem jestem zainteresowana, no i żadna z nich nie zajmuje się varsavianami, choć w obu sprawach chciałabym się mylić, bo pragnęłabym jeszcze kiedyś stanąć za kamerą. Nie jestem też niestety konformistą.

Jest mi ciężko, ale jak mawiał mój śp. Ojciec, cytując Stanisława Grzesiuka, wolę być „boso, ale w ostrogach”.

I tak na koniec. Bardzo żałuję, że przez te ostatnie miesiące, kiedy byłam w TVP tylko duchem, oglądałam programy tej stacji, bo jak to trafnie napisał jeden z internautów, komentując przywoływany tu przeze mnie program „Studio Yayo”: „co się raz zobaczyło, tego się już nie da odzobaczyć”. I tyczy to niestety wielu programów, które obecnie produkuje TVP.

Powyższy list wysyłam również do wiadomości koleżanek i kolegów w TVP, wśród których nie brak osób pragnących a niemogących odejść z pracy, gdyż mają małe dzieci i kredyty, a także do wiadomości przyjaciół, bliższych i dalszych znajomych, rzeczników prasowych instytucji i firm, z którymi przez lata miałam dziennikarski kontakt oraz mediów. Publikuję go także na swoim blogu i stronie. Wszystko dlatego, że nie chcę dłużej być utożsamiana z kierowaną przez Pana instytucją i niemal bez przerwy wysłuchiwać zewsząd pytań, co ja w niej jeszcze robię. Naprawdę już nic.

Pozdrawiam serdecznie
Małgorzata Karolina Piekarska

6 kwietnia 2017
by Małgorzata Karolina Piekarska
0 comments

O Kwartalniku Literackim „Podgląd” w audycji „Literacki Wolny Eter”

Jako prezes Oddziału Warszawskiego Stowarzyszenia Pisarzy Polskich oraz redaktor naczelna Kwartalnika Literackiego „Podgląd” wraz z Piotrem Müldner-Nieckowski – v-ce prezesem i zastępca red. nacz. mówiliśmy o piśmie: http://podglad.com.pl/ w jakim celu powstało i komu służy, czyli mówiliśmy o poezji, prozie, literatach…

rozmawiał: Rafał T. Czachorowski – www.fundacjadf.pl i www.poecipolscy.pl
realizacja: Andrzej Gumbrycht

3 kwietnia 2017
by Małgorzata Karolina Piekarska
0 comments

W Tygodniku Zamojskim artykuł Małgorzaty Mazur

Tygodnik Zamojski opublikował artykuł Małgorzaty Mazur dotyczący historii opisanej w mojej ostatniej książce.

O chłopcu, którego wojna wydarła z ramion jednej matki, a potem drugiej
Syn dwóch matek
On jest dla niej stryjem. Jej nieżyjący już ojciec był dla niego ukochanym starszym bratem. Mimo że nie łączą ich żadne więzy krwi. Połączyła ich za to tragiczna, wojenna historia. Losy przybranego stryja, wtedy małego Janka, dziś Jana Tchórza, gospodarza we wsi Borowina Starozamojska, opowiedziała w książce Syn dwóch matek» Małgorzata Karolina Piekarska. A pan Jan – po prawie 30 latach od apelu wystosowanego przez nieżyjącego już dziennikarza 12 – nam ją opowiedział.
To historia tragiczna, choć ze szczęśliwym zakończeniem. Pan Jan nie był przekona-
ny, czy chce do niej wraca Każde wspomnienie tamtych czasów wiele go kosztuje.
Wydarty matce
W grudniu 1942 r., gdy zaczęła się jego tragedia, niespełna dwuletni Jasio nie mial pojęcia, co tak naprawdę się dzieje. Dopiero po tatach opowiedziała mu mama.
-To było pia.tego grudnia, gdzieś koło szóstej rano. Dokładnie nie wiadomo, bo na wsi było biednie, ludzie zegarów nie mieli. Porę określali po pozycji słońca na niebie-opowiada.
To był dzień wysiedlenia mieszkańców Chomęcisk Małych, wsi pod Starym Zamościem. Tłumacz, który towarzyszył pukającym do okna Niemcom, powiedział Zofii Tchórz, wdowie z piątką dzieci, że mają dwie godziny na spakowanie dobytku. – Mama zaczęła prosić, żeby dali jej więcej czasu. Zgodzili się – opowiada Jan Tchórz.
Niemcy zabrali rodzinę do obozu przejściowego w zamojskiej Rotundzie.
Siostry Jana zostały wysłane do Niemiec. Stefcia (miała wówczas 14 lat) trafiła do pracy w fabryce zbrojeniowej w Berlinie, I6-letnią Walerkę wywieźli do pracy u bauera w okolicach Norymbergi. Dziewczynom nie było lekko, praca była uciążliwa, brakowało jedzenia, Stefania chorowała. Ale tego rodzina dowiedziała się dopiero po wyzwoleniu. Zofię Tchórz i jej trzech synów – małego Jasia, 12-letniego Bolka i 10-letniego Tadzia wywieziono do Żelechowa na Mazowszu. Tam mieli zacząć wojenne życie od nowa. Niestety, Jaś zachorował.
– Czy to był tyfus, nie wiem, ale tak podejrzewali Niemcy – opowiada Jan Tchórz. By nie dopuścić do rozprzestrzenienia się choroby i rzekomo leczyć chłopca, zabrali go. Gruba Schwester w obcisłym mundurze nawet nie dała matce pocałować chłopca na pożegnanie. Tchórzyna widziała jeszcze, jak odjeżdżający Jasiunio niezdarnie uderza rączką w szybę karetki niemieckiego Czerwonego Krzyża – opisywał po latach warszawski dziennikarz Maciej Piekarski, późniejszy przybrany brat Jasia. Zrozpaczona matka złapała za tył samochodu, nie chciała puścić. Pokaleczone kolana leczyła potem przez wiele tygodni. Nikt jej nie powiedział, gdzie zabrali synka.
Piekarscy
Na początku stycznia 1943 r. po Warszawie chodziły plotki (pewności nie było) o transportach śmierci, które wiozą dzieci, wysiedlone z Zamojszczyzny, do obozu zagłady w Oświęcimiu. Warszawiacy przekazywali sobie po cichu informacje, Że dzieciaki są wykupywane czy wykradane z pociągów. I że można je uratować. Wielu chodziło na stację kolejową w nadziei, że uda się dzieciaka przygarnąć. Na stację jeździli także Janina i Bronisław Piekarscy – rodzina z warszawskiej Sadyby. Po kilku dniach dostali informację z Rady Głównej Opiekuńczej, że dziecko można wziąć z sierocińca.
Dlaczego wzięli akurat Jasia? Na to pytanie nie ma chyba odpowiedzi. Na zdjęciu z tamtych czasów ma wielkie, przestraszone, smutne oczy. Może te oczy przyciągnęły uwagę pani Janiny? Może stojąca w kącie postać smutnego, z wykrzywionymi nóżkami, pieluchą i smoczkiem w buzi chłopczyka, gdy inne dzieci się bawiły? Maciej Piekarski, wtedy 11-letni syn Janiny i Bronisława, po latach opisując tę historię wspominał zielone, welwetowe porteczki nic niemówiącego chłopca.
Cud
Chłopczykowi od tego, co doświadczył, zatrzymała się mowa. Co się z nim działo od chwili wydarcia rodzonej matce do pojawienia się drugiej, nie wiadomo.
Był mały. Nie można się było dowiedzieć od niego, jak się nazywa, skąd pochodzi, kim są jego rodzice. Piekarscy nie wiedzieli nawet czy wcześniej mówił. Dzieci, z którymi był w pociągu, także nie wiedziały, skąd go zabrano. W sierocińcu nazwano go Krzyś – Dionizy.
Piekarscy, którzy mieli dwóch synów – wspomnianego 11-letniego Macieja i starszego Antoniego (zginął jako 16-latek w powstaniu warszawskim) – zaopiekowali się malcem troskliwie. Wyleczyli go (dziecko w wojennej tułaczce nabawiło się poważnych odmrożeń), odkarmili, ogrzali ciepłem swoich serc. Po jakimś czasie zaczął mówić: po jego na, które wypowiadał zamiast weź, domyślili się chłopskiego pochodzenia.
W międzyczasie RGO rozpoczęła akcję identyfikacji uratowanych dzieci. Malcom, tuż po odebraniu z pociągu, zrobiono zdjęcia. Rozesłano jaw okolice, w które trafili wysiedleńcy.
Zdjęcie wielkookiego Jasia trafiło do parafii w Żelechowie. Pokazano je Zofii Tchórz. Rozpoznała utraconego synka. Dostała z RGO adres Piekarskich, napisała do nich list.
„Któregoś dnia ktoś zapukał do drzwi, mama odpowiedziała: proszę. Drzwi się otworzyły i weszła wiejska, zabiedzona kobiecina o czarnych, lśniących oczach, z pięknymi, kruczymi włosami, przyprószonymi siwizną, owinięta w kraciastą chustkę. Była to mama Janka” -opisywał po łatach Maciej Piekarski.
Chłopczyk jej nie poznał. Nie chciał się z nią przywitać. „Gdy rodzona matka przytuliła go do piersi i zaczęła całować, odepchnął ją brutalnie i począł wydrapywać każdy pocałunek” -zanotował Piekarski. Kiedy dowiedzieli się, jak ma na imię, mówili chłopcu: – Nazywasz się Jan Tchórz. On, zdenerwowany, krzyczał: -Aś nie Tuś. Aś Krzyś!
Zofia Tchórz chciała zabrać synka do Żelechowa Ale Piekarscy wytłumaczyli jej, że to nie jest dobra decyzja. Kobieta z dwoma pozostałymi synami ledwie sobie radziła, było im bardzo ciężko. Poza tym malec zdążył się przywiązać do Piekarskich, a oni do niego. Wspólnie uradzili, że tymczasowo, do zakończenia wojny, to oni zaopiekują się maluchem.
Zofia Tchórz wrócił do Żelechowa, skąd regularnie pisywała do Piekarskich listy, w których pytała o synka.
Malec rósł, otoczony miłością i opieką Piekarskich. Niestety, miał czarne włosy, więc szybko rozeszły się plotki, że Piekarscy ukrywają żydowskie dziecko. To mogło się skończyć śmiercią ich wszystkich, ale nie odesłali chłopczyka.
Pan Jan wspomnienia z tamtych czasów ma tylko szczątkowe. – Pamiętam, jak bawiliśmy się z Maćkiem na śniegu. Rzucił we mnie śnieżką, a ja się rozpłakałem. Podszedł do nas Niemiec i zaczął wypytywać Maćka, jak się nazywa, gdzie mieszka. Kazał mnie zabrać do domu. Maciek bardzo się wystraszył – wspomina.
Pamięta też strach i głód, który cierpiał, gdy z Piekarskimi ukrywał się w piwnicach po wybuchu powstania warszawskiego. Zapamiętał, jak jakaś kobieta dała mu kawałek chleba.
Z Piekarskimi przeszedł całą wojenną tułaczkę. Po upadku powstania razem z innymi poszedł do obozu w Pruszkowie. Maciej Piekarski wspominał, że Jaś popłakiwał ze strachu: „Mamusiu, do piwnicy, do piwnicy!”.
Przez Opoczno dotarli do Częstochowy. żyli tam w bardzo ciężkich warunkach. Tam Janina Piekarska urodziła syna, Bronisława. W marcu 1945 r. wrócili do Warszawy.
Wydarty po raz drugi
Tymczasem Zofia Tchórz z dwoma starszymi synami po przejściu frontu wróciła do Chomęcisk Małych. Jej domu już nie było. Najmowała się do pracy, żeby mieć czym nakarmić dzieci. Los na zakończenie wojny zgotował jej straszną tragedię, Bolek, Tadzio i jeszcze jeden chłopiec ze wsi pewnego dnia znaleźli pocisk wojenny – W okolicy leżało ich, mnóstwo. Chłopcy zaczęli przy nich majstrować. Pocisk wybuchł. Zginęli wszyscy trzej (rok później przy rozbrajaniu dużej bomby zginęło dziewięciu kolejnych chłopców). Matka, gdy wróciła z pracy do domu, znalazła już tylko ich porozrywane ciała
Trudno sobie wyobrazić to, co przeżyła. Ale znalazła siłę, by ruszyć do Warszawy, po najmłodszego syna – pieszo, podwodami, samochodami, czym się dało.
Piekarscy nie chcieli chłopca cdda kochali go jak swojego. Proponowali, że go wychowają, wykształcą. A i on mocno się do nich przywiązał. Rodzonej matki nie pamiętał, dla niego Piekarska była mamą, rodzona matka – kobietą, której nie znał.
To była dla wszystkich bardzo trudna decyzja, co będzie najlepsze dla chłopczyka, którego tak bardzo kochali. Ostatecznie stanęło na tym, że Jaś ma wrócić pod Zamość, z rodzoną matką.
Mały chłopiec, który został wydarty pierwszej matce, został wydarty także drugiej.
Był potwornie smutny, nie odzywał się. Zofia Tchórz bardzo płakała, gdy ściskała Piekarskich na dworcu kolejowym.
Przeszłość niech nie wraca
Maciej Piekarski, gdy dorósł, historię o przyszywanym bracie Janku i wojennych czasach opisał we wspomnieniach – nikt jednak nie był zainteresowany ich wydaniem, krążyły w odbitkach w wąskim gronie. Tekst o Janku opublikował w piśmie „Stolica”.
W kwietniu 1980 r. losy te opisał nieżyjący już historyk Wojciech Białasiewicz, wtedy dziennikarz Tygodnika Zamojskiego. „Minęło wiele lat. Kim dziś jest Janek Tchórz, gdzie mieszka i co zachował w pamięci?’ – pytał w tekście. Apelował, by – jeśli ktoś zna powojenne losy Janka – odezwał się.
Gdy oddawał tekst do druku, nie miał pojęcia, że ścieżki jego i Jana Tchórze być może niejeden raz się przecięły. Bo Jan Tchórz mieszkał i mieszka ciągle w Borowinie Starozamojskiej kolo Starego Zamościa. Ożenił się, założył rodzinę. Stolarz – pasjonat, do emerytury pracował w Zamojskich Fabrykach Mebli.
Po artykule Wojciecha Białasiewicza o tym, że Jan żyje, list do redakcji napisał Stanisław Tokarski.
Artykuł wtedy przeczytał także sam pan Jan. Ale nie zdecydował się i opowiedzieć ci swoich fosach. To było i wciąg jest zbyt wielką raną.
Opowiedzieć zdecydował się dopiero teraz, choć nie ukrywa, że kosztuje go to wiele. – Oby nigdy takiej wojny już nie było. Oby żaden naród na świecie nie doświadczył takiego kataklizmu, jakiego doświadczył mój naród – tłumaczy, dlaczego zdecydował się wrócić do niej po latach.
Jego historię i historię rodziny przez pryzmat tego, co się w czasie wojny zdarzyło, opisała córka Macieja Piekarskiego, Małgorzata Karolina Piekarska, w niedawno opublikowanej przez Wydawnictwo Trzecia Strona książce „Syn dwóch matek”. To druga – po „Małej zagładzie” Anny Janko – pozycja odsłaniająca białą plamę wojennych losów mieszkańców Zamojszczyzny.
Książka to wielowątkowy, napisany po reportersku dialog Piekarskiej z nieżyjącym już ojcem, poutykany jego wspomnieniami, listami członków rodziny, ich historiami. Pokazuje, Żewojna, choć zdawałoby się tak odległa w czasie, mackami sięga daleko, oplatając nimi i nas, współczesnych.
Dla Jana Tchórze Piekarscy to rodzina. Wielokrotnie do nich jeździł, Maciej i jego brat przyjeżdżali do niego. Małgorzata Karolina Piekarska u Jana pisała pierwsze teksty dziennikarskie, on pomagał jej w trudnych, chwilach po śmierci ojca. Dla niej Jan Tchórz jest stryjem. Dla niego ona jest także rodziną, córką zmarłego brata.
Małgorzata Mazur
TYGODNIK ZAMOJSKI 22 MARCA 2017 r

Żródło: http://www.tygodnikzamojski.pl/artykul/80984/syn-dwoch-matek.html

24 marca 2017
by Małgorzata Karolina Piekarska
0 comments

Kolejna recenzja LO-terii

Ukazała się kolejna recenzja „LO-terii”, tym razem autorstwa Bożeny Itoya, która prowadzi blog „Cuda na kiju”.

Powieść „LO-teria” Małgorzaty Karoliny Piekarskiej jest przeznaczoną dla starszych nastolatków kontynuacją „Klasy pani Czajki”, książką mocną, wręcz wbijająca w fotel, realistyczną, bezkompromisową i nieprzewidywalną. Autorka burzy przyzwyczajenia czytelników, nie ogląda się na schematy (często będące podstawą książek dla młodzieży, jakby powielanych od jednej matrycy), nie przywiązuje wagi do szczęśliwych zakończeń i pomija ugrzecznionych bohaterów rodem z romansów dla nastolatek. Młodzież z obu stron książki – bohaterowie i czytelnicy – zostaje rzucona na głęboką wodę. Nie wiem, czy kiedykolwiek zetknęłam się z równie surową i trafną literaturą piękną adresowaną do licealistów. Wszystko to, co uznawałam za słabsze strony „Klasy pani Czajki” w „LO-terii” zostało zastąpione: wiarygodniejszym spojrzeniem z punktu widzenia młodych mężczyzn, lepszymi mechanizmami działań i portretami psychologicznymi.
Mała ojczyzna Maćka, Małgosi, Michałów, Kaśki czy Ewy, a więc warszawska Saska Kępa, pozostaje taka sama, ale bohaterowie sięgają coraz dalej poza nią – marzeniami, wyjazdami, przeprowadzkami, codziennymi wypadami na zajęcia, zakupy czy do kina. Poszerzają swoje horyzonty, poznają nowych ludzi, czasem zbliżając się wtedy do znajomych z gimnazjum, a kiedy indziej nabierając do nich dystansu. Dochodzi do zerwań i powrotów, takich spodziewanych i zaskakujących, dramatycznych lub pozostawiających czytelnika niemal obojętnym. Wykluwają się też całkiem nowe związki. Miłość nie przyćmiewa jednak innych aspektów życia nastolatków, których droga do dorosłości jest wyboista i do bólu prawdopodobna. Na podstawie powieści można wywnioskować, że takie mocne przeżycia zbliżają ludzi, są sprawdzianem szczerości relacji łączących parę czy grupę znajomych. W „LO-terii” przyjaźnie i związki pełne spokoju i zwyczajności rozmywają się, a ci, którzy muszą o coś walczyć, na końcu książki pozostają razem.
Autorka porusza szereg poważnych spraw, z którymi niektórzy czytelnicy stykają się osobiście, inni słyszą o nich tylko w mediach lub wolą nie zauważać u sąsiadów czy kolegów. Tymczasem w „LO-terii” zobaczymy, jak na poszkodowanych i ich otoczenie wpływa przemoc w rodzinie, śmierć lub ciężka choroba jednego z rodziców, rozstanie rodzica z wieloletnim partnerem (obojętnie – małżonkiem czy nie), uprzedzenia religijne i społeczne, gwałt, napad (pobicie), ucieczka z domu, a wreszcie śmierć nastolatka. Nie jest to lektura łatwa, ale z pewnością uodparniająca, taka szczepionka przeciwko różnym pułapkom współczesnej nastoletniości. Oczywiście przeczytanie „LO-terii” nie spowoduje, że te problemy przestaną istnieć, ale pozwoli czytelnikowi uzbroić się do walki z nimi, a może nawet niektórych uniknąć. Z pewnością znajdą się czytelnicy, którzy sami nie doświadczą podobnych tragedii, ale może będą potrafili pomóc innym? A z potrzebującymi wsparcia zetkną się na pewno, w końcu przeczytamy tu o przebiegu i konsekwencjach między innymi chorób określanych już jako cywilizacyjne. Wielkie uznanie należy się autorce zwłaszcza za opis choroby psychicznej dotykającej jednego z członków rodziny, ale rujnującej życie wszystkich. Nikt nie chce o tym pisać, niepokoić, wywoływać koszmarów, ale Małgorzata Karolina Piekarska odważyła się i wyszło jej znakomicie.
Bardziej szczegółowe streszczenie akcji w tym miejscu mija się z celem, jakim jest zachęcenie do lektury. Wątków i wydarzeń jest bowiem w „LO-terii” tak wiele, że tylko Małgorzata Karolina Piekarska potrafi przedstawić je i połączyć w sposób ciekawy, niewprowadzający zamętu i trzymając się z daleka od konwencji brazylijskiej telenoweli (szkoda, że nie stroni od niej mama Kamili…).
Koniecznie podsuńcie tę książkę swoim nastoletnim dzieciom i przeczytajcie ją sami, jeśli wam miła ich dojrzałość. Jakby nie patrzeć, źródłem większości problemów, z jakimi walczą lub którym ulegają bohaterowie „LO-terii”, są rodzice.
23 marca 2017
autor: Bożena Itoya