MAŁGORZATA KAROLINA PIEKARSKA

pisarka, dziennikarka

Coś mi się wydaje, że nic się nie wydaje

Gdy byłam mała nauczyciele, rodzice, bohaterowie książek, postaci z pierwszych stron gazet – słowem wszyscy, którzy mogli być autorytetem przekonywali mnie, że najtrudniej jest coś napisać. Dzisiaj myślę, że napisanie czegokolwiek jest sto razy prostsze od wydania tego drukiem…
Tak się składa, że popełniłam kilka dzieł i … chciałam je wydać. Udało się. Dwa z nich ujrzą światło dzienne na jesieni. Są to felietony „Wzrockowisko” pisane dla młodzieżowego dwutygodnika „Cogito” oraz powieść dla nastolatków.
Zanim jednak wreszcie znalazłam wydawców na obie rzeczy trwały długotrwałe rozmowy z potencjalnymi chętnymi. Te rozmowy określiłam mianem „drogi przez mękę”. Choć przecież koledzy literaci i dziennikarze uprzedzali, że przebieg rozmów może być zaskakujący…
Z każdym z wydawnictw rozmowę zaczynałam od przedstawienia i słów:
– Chciałabym rozmawiać z kimś kto u państwa zajmuje się propozycjami wydawniczymi…
I oto w jednym z wydawnictw usłyszałam męski głos, który nie przerywając jedzenia, głośno glamiąc spytał:
– A więc napisała pani coś ciekawego?
Usłyszawszy to absurdalne pytanie (zadane przez nie wiadomo kogo, gdyż dziwnym trafem w instytucjach zanika dobry obyczaj przedstawiania się) odparłam:
– Nie. Napisałam 280 stron nudy, ale dzwonię do pana i „biorę pod siusiu”, by mi pan z litości wydał! Facet zaniemówił, nawet przez chwilę myślałam, że zaglamał się na śmierć, gdyż i owo wielce kulturalne galmanie ustało. Potem jednak okazało się, że anonimowy pan musiał przemyśleć to wszystko co usłyszał i po przemyśleniu obraził się śmiertelnie. Wysnułam taki wniosek, ponieważ odparł, że nie wydaje nic dla młodzieży, bo młodzież nie czyta, zaś na moją uwagę, że za moment ta nie czytająca młodzież zamieni się w nie czytających dorosłych i wtedy on starci pracę odparł, że trudno i obrażony głośno glamiąc odłożył słuchawkę.
W innym wydawnictwie nie spytano nawet co napisałam. Nie obchodziło ich, czy jest to powieść, czy dokument, czy może podręcznik, gdyż z miejsca zostałam poinformowana, że plan wydawniczy mają zapełniony na 3 lata wprzód. Gdy niezrażona a lekko zdenerwowana odparłam, że może jestem przyszłą noblistką i przejdzie im koło nosa szansa na wydanie wielkiego dzieła, połączono mnie z panią dyrektor, która powiedziała, że mogę być laureatem Nobla, pulitzera i czego tam mi się żywnie podoba (jak rozumiem: Złotej Palmy w Cannes, Wiktora, Oskara, Złotego Lwa, Złotego Niedźwiedzia itd.) ona nie chce nawet tego czytać, bo mają kupę roboty z książkami, na które podpisali umowy.
Gdzieś tam jeszcze powiedziano mi, że nie wydają innych książek niż tłumaczenia, a gdzieś tam, że nie wydają powieści, bo tego nikt nie czyta, a w kolejnym, że wydają książki tylko jednego autora! (sic!)
Jednak te wszystkie rozmowy były niczym w porównaniu z rozmową, podczas której na swej standardowe pytanie o to kto zajmuje się propozycjami wydawniczymi usłyszałam, że … nie ma kogoś takiego. Spytałam więc, skąd biorą książki, które wydają. Męski i oczywiście anonimowy głos w słuchawce oznajmił mi, że owe książki znajdują! Tak po prostu! Jedni znajdują na ulicy 10 groszy a inni książki, które można wydać? Zdziwiłam się i spytałam owego anonimowego pana, czy znajdują je na ulicy czy na śmietniku, a wtedy ów pan krzyknął do mnie:
– Pani sobie żartuje!
Odpowiedziałam mu więc, że nie żartuję, ale chcę po prostu wiedzieć gdzie. Wtedy ów pan poinformował mnie, że … jego szefowie dzwonią do autorów.
– Rozumiem – odparłam. – To coś jak z chodzeniem księży po kolędzie. Czy mógłby mi pan powiedzieć, kiedy będą dzwonić do autorów z Warszawy, a konkretnie z Saskiej Kępy i Gocławia, bo chciałabym być w domu?
Pan najwyraźniej się trochę wściekł, gdyż aż warknął pytając o co mi chodzi. Odpowiedziałam zgodnie z prawdą:
– Napisałam książkę i dzwonię po wydawnictwach z nadzieją, że ktoś do niej zajrzy, a ponieważ usłyszałam przed chwilą od pana, że dzwonicie do autorów, więc teraz macie komfortową sytuację: oto autor zadzwonił do was. Nie trzeba wydawać kupy pieniędzy na telefon i poszukiwanie go…
Pan jednak uznał, że ja bardzo dziwnie rozmawiam. Ja zaś poinformowałam go, że rozmawiam tak jak on tę rozmowę prowadzi. Dodałam nawet, że logiczne jest, że jeśli ktoś coś napisał i uważa, że jest to fajne to chce to wydać. Logiczne jest też, że dzwoni wtedy do wydawnictwa. Po tych logicznych argumentach Pan pozwolił mi łaskawie na przysłanie pisma zachęcającego do wydania książki. Pismo napisałam i … do dzisiaj trwa przejmująca cisza… Milczą również pozostałe wydawnictwa, do których przed kilkoma miesiącami wysłałam wydruki, a jest tych wydawnictw w sumie ponad 10! Tylko do jednego zadzwoniłam spytać się kiedy mogę spodziewać się jakiejś odpowiedzi. Żeński, anonimowy oczywiście, głos poinformował mnie, że „jak szefowa przyjdzie to zadecyduje, czy my się w ogóle do pani odezwiemy”. Spytałam więc, czy to oznacza, że jak przeczytają i się im na przykład nie spodoba to nie dadzą znać? Wtedy pani ku memu zdumieniu odparła, że … szefowa musi podjąć decyzję czy w ogóle przeczyta (sic!)
Żeby choć jedna osoba siedząca za wydawniczym biurkiem powiedziała, że to co proponuję jest do bani, chrzanu, na drzewo i w ogóle won, uznałabym to wszystko za sytuację normalną. Ale tego nikt mi nie powiedział. Nie mógł. Nikt nie przeczytał! Umowę podpisałam z dwoma wydawnictwami, które … przeczytały przez grzeczność, a wydawać nie miały zamiaru! Jest mi cały czas smutno, bo coś mi się wydaje, że nic się nie wydaje… no, może nie mnie, ale na pewno innym. Jedna koleżanka, która od 3 lat próbuje wydać tomik poezji powiedziała, że powinnam być dumna i blada z tego, że podpisałam umowy, bo to jest najtrudniejsze… Jakimi więc idiotami byli moi nauczyciele, rodzice, bohaterowie młodzieńczych lektur, i wszyscy ci, którzy latami wmawiali mi, że najtrudniej jest cokolwiek napisać? Że bycie człowiekiem pióra jest sztuką?

styczeń 2001

Print Friendly