MAŁGORZATA KAROLINA PIEKARSKA

pisarka, dziennikarka

Daj biednemu, bo jak nie to…

Usłyszałam kazanie w kościele. Ksiądz z ambony nawoływał do pomocy bliźnim, a zwłaszcza powodzianom. Trochę mnie to kazanie zirytowało. Dla mnie logiczne jest, że trzeba pomóc. Zwłaszcza, gdy w grę wchodzą nieszczęścia spowodowane przez żywioł. Każdy może paść ofiarą żywiołu i przeciętny zdrowo myślący człowiek pomoże tym, którym żywioł zabrał cały dobytek. Po co o tym tyle mówić? Poczułam jednak po kazaniu pewien niesmak. Oto ksiądz powiedział, że każdy pukający do naszych drzwi żebrak może być poszkodowanym w powodzi wysłannikiem Jezusa, a my powinniśmy mu pomóc albowiem jak mówi Pan „wszystko coście uczynili jednemu z braci moich najmniejszych mnieście uczynili…”
Jakieś dziwne mniemanie ma mój parafialny ksiądz o żebrakach. Cały czas widzi w nich bogobojnych ludzi żywcem wyjętych z nowotestamentowych Ewangelii. A przecież od czasów Jezusa minęło już „trochę”…
Nigdy nie lubiłam żebraków. Nie potrafię się w nich dopatrzyć wysłanników Boga. Nie wiem, czy stało się tak za sprawą lektury Marka Twaina „Książę i żebrak” czy za sprawą ciotki mojego ojca Stefanii Krosnowskiej z domu Ruszczykowskiej, która gdy byłam nastoletnią pannicą opowiedziała mi pewną historię. Otóż przed wojną we wszystkie powszednie dni ciotka widywała pod warszawskim kościołem Kapucynów na Miodowej nędznego żebraka. Ciotka nawet czasem wrzucała cos owemu żebrakowi do kapelusza, bo tak jej go było żal. W pewną niedzielę ciotka wraz ze swoją matką wyjątkowo wybrała się do kościoła świętego Floriana na Pragę. Tam zwrócił ich uwagę bardzo elegancki pan. Szczególnie elegancka była jego laska ze srebrną gałką oraz zegarek na dewizce, ale i surdut i kapelusz prezentowały się nadzwyczaj elegancko i dostojnie… Ciotka długo się przyglądała, gdyż dostrzegała coś znajomego w rysach owego gentlemana. I nagle odkryła! To żebrak spod kościoła Kapucynów! Pamiętam, że gdy usłyszałam tę historię powiedziałam o niej mamie, która wzruszyła ramionami i odparła:
– Nic nowego. Jak byłaś mała zapukała do domu żebraczka. Babcia dała jej bułkę i kiełbasę. Gdy potem babcia wyszła ze śmieciami, pod śmietnikiem stała torba z bułką i kiełbasą.
Może dlatego, gdy przed kilkoma laty ujrzałam jak rumuńskie dziecko wgniata obcasem w kałuże bułkę nie zdziwiłam się, kiedy od ludzi zbitych w oburzony tłum usłyszałam, że właśnie tę bułkę małemu Rumunowi dała biedna emerytka, a bułka była jej … biblijnym wdowim groszem.
Te historie plus kilka innych sprawiły, że nie daję pieniędzy żebrakom na ulicy. Są organizacje charytatywne: Caritas, Czerwony Krzyż, Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy i tym podobne. Jednak żebractwo chyba leży w naturze pewnych osób, a przynajmniej naciągactwo. Pomijam już gości, którzy za dwa złote wskazują miejsce na parkingu, pilnują samochodu, myją szyby na światłach. Pomijam kłaniających się pseudo mnichów z kosturami, srebrne manekiny czy rycerzy w zbrojach. Są ludzie, którzy naciągają kompletnie za nic i … udaje im się. Dostają to czego szukają. Ów datek. To co mnie zbulwersowało ostatnio to pewien facet, który zaczepił mnie na ulicy i zażądał pieniędzy, bo jest z Suchej Beskidzkiej i powódź zabrała mu dom. Był 2 sierpnia, a ja na spotkanie z pewnym znajomym szłam prosto z pracy i byłam wyjątkowo elegancko ubrana. Tego dnia bowiem robiłam dla Telewizyjnego Kuriera Warszawskiego materiał z kolejnej uroczystości związanej z obchodami rocznicy Powstania Warszawskiego, a takie święto zobowiązuje do eleganckiego ubioru. Zaczepiający mnie pan miał fioletowe lico, cztery w porywach do pięciu zębów, góra 35 lat i oddech smoka Wawelskiego, który próbował smak siarki zapić denaturatem. Gdy powiedziałam mu, że już dałam na powodzian i to kilka razy oraz poinformowałam też, że Rząd przeznaczył sporą sumę pieniędzy na pomoc poszkodowanym i by poszedł do swojej gminy lub zgłosił się do Czerwonego Krzyża etc., usłyszałam:
— Ty kur…! Obyś do Suchej nigdy nie dojechała!
Przestało mi się to podobać. Dopiero co targałam podpaski i baniaki z wodą do PCK, zrzucałam się w redakcji na powodzian, a tu ktoś mi ubliża tylko dlatego, że nie chcę mu dać forsy?!
Zagotowałam się! I nie zwracając już uwagi ani na to kim jestem, ani na to jak bardzo elegancko jestem ubrana, wydarłam się na faceta na całą Świętokrzyską:
– Spier…! bo ci zaje…! ale już!
Tego się żebrak najwyraźniej nie spodziewał! Ale oczywiście skorzystał szybciutko z mojej rady. Miał niestety pecha, gdyż szłam w tę samą co i on stronę i miałam możliwość obserwować go aż do Nowego Światu. Nic nie wyżebrał. Co chwilę bowiem słyszał za sobą stukot moich obcasów i obracał się przerażony… Potem już z ogródka kawiarni Nowy Świat ujrzałam jak ktoś jednak mu dawał parę groszy. Czyżby przestraszył się klątwy, że nie dojedzie do Suchej?
A może wysłuchał kazania owego księdza? I w tym pięciozębnym zachlanym menelu, który groźbami wymusza datek dopatrzył się „najmniejszego brata”? Smutne, że dzisiejsi księża mają przed swoimi oczami obraz nowotestamentowych żebraków. Chyba dzieje się tak dlatego, że rzadko przemierzają ulice piechotą, a częściej jeżdżą luksusowymi samochodami. W przeciwnym razie wiedzieliby, że dzisiejszy żebracy nie walczą o przetrwanie, ale o flaszkę. Szkoda, że wśród ludzi zawsze trafią się tacy, którzy na ten cel im dadzą! Kilka metrów od mojego parafialnego kościoła od dwóch lat stoi żebraczka. Od dwóch lat jest w ciąży. Od dwóch lat ta ciąża jest bardzo zaawansowana. Od dwóch lat do puszki, którą ma przed sobą ludzie wrzucają jej jakieś pieniądze. Od dwóch lat jej twarz jest w barwach biskupich…
I tylko mi żal prawdziwych powodzian. No i mieszkańców Suchej Beskidzkiej oczywiście, do której mam jednak nadzieję kiedyś dojadę…

 

luty 2001

Print Friendly, PDF & Email