MAŁGORZATA KAROLINA PIEKARSKA

pisarka, dziennikarka

Na grzyby? Czyli życie z raną

Przeczytałam ostatnio na jednym z portali o urodzaju w śląskich lasach na grzyby halucynogenne. Po plecach przebiegł mi dreszcz. Dreszcz strachu, o którym zapomniałam. Dlaczego? W tym roku minęła dwudziesta rocznica śmierci Michała.
To był mój rówieśnik, rodzony i jedyny brat mojego chłopaka. Wtedy, dwadzieścia lat temu siedzieliśmy u nich w domu. Nie pamiętam kto przyniósł grzyby. Pamiętam, że jedliśmy je wszyscy. Choć ja najmniej. Czy byłam taka święta? Ależ skąd! Przecież niemal codzienne paliłam marihuanę. Wiedziałam co to LSD. Raz po zażyciu przez półtorej godziny relacjonowałam co dzieje się na budowie, podając szczegółowe informacje na temat ruchów robotników, choć budowa świeciła pustkami. Była głęboka noc, a koparki stały nieruchomo…
Na te grzyby też miałam ochotę. Tyle, że namawiała mnie na nie koleżanka, której po prostu i zwyczajnie, po ludzku nie lubiłam. Ja właściwie na złość jej skończyłam „konsumpcję” na jednym małym grzybku, który zresztą wyplułam, bo tak mnie wkurzyło to namawianie. Szybko też poszłam do domu. Co działo się dalej? Wiele. Tak naprawdę skutki owego „grzybowego wieczoru” trwają… do dziś.
Najpierw zniknął Romek. Wyszedł pół godziny po mnie, niby do domu. Znalazł się dopiero po kilkunastu godzinach w małej miejscowości pod Warszawą na przystanku PKS i to zupełnie nagi. Ta opowieść najpierw nas śmieszyła, bo wtedy wydawało nam się to takie cool i odlotowe. Romka zabierało pogotowie w kaftanie bezpieczeństwa. On szalał. Widział coś, czego to „głupie” naszym wówczas zdaniem, pogotowie nie widziało. Niestety przez trzy tygodnie Romek leżał przywiązany pasami do łóżka. Nie kojarzył niczego ze świata zewnętrznego. Podawano mu leki uspokajające, bo gdy tylko odzyskiwał świadomość dostawał szału i wykrzykiwał zupełnie niezrozumiałe rzeczy. Rodzice Romka odchodzili od zmysłów. Zwłaszcza, że lekarze nie dawali szans, że jeszcze kiedykolwiek ich syn będzie świadom tego, co dzieje się wokół. Nie wiadomo było nawet, czy Romek kiedykolwiek będzie kojarzył, jak się nazywa. Jego rodzice musieli na dodatek pokryć koszty zdemolowanego przystanku i karetki, bo trenujący sztuki walki Romek odznaczał się nieprzeciętną siłą i niemal rozrywał kaftan. Na szczęście rodzice Romka mieli pieniądze. Stać ich było też na opłacenie terapii.
Inaczej było z Pawłem. Ten trafił do szpitala trzy dni po „grzybowym wieczorze”. Te trzy dni trwały poszukiwania chłopaka, który po zjedzeni grzybów wstał, wyszedł i podobnie jak Romek… zniknął. Przemarznięty, przemoczony znalazł się w krzakach nad Wisłą. Rodzice Pawła nie byli tak majętni jak Romka. Nie stać ich było na prywatne kliniki. Dlatego Paweł ze stanu odurzenia grzybami nigdy tak naprawdę nie wyszedł. Po miesiącach obserwacji w szpitalu psychiatrycznym stwierdzono u niego psychozę maniakalną, depresję, paranoję i już sama nie wiem co jeszcze. Wiem tylko, że wszystko to wywołało przedawkowanie zawartej w grzybach psylocybiny. Dużo później wyczytałam, że ona nie rozkłada się w grzybach równomiernie. W jednym grzybie może być jej więcej niż w innym i to nawet większym.
Paweł na szczęście żyje, a… Michał?
Brat mojego chłopaka po zjedzeniu grzybów zapadł w dziwny stan. Po pierwsze w ogóle przestał się myć, a po drugie zaczął mieć napady lęku. Wyglądało to na coś o wiele łagodniejszego niż to, co działo się z Romkiem czy Pawłem. A jednak! Z tygodnia na tydzień z Michałem było coraz gorzej. Zabraniał zapalać w mieszkaniu światło, kazał sobie obwiązywać pięść szalikiem, by bronić się przed szatanem. Ten stan trwał prawie rok. Po roku Michał powiesił się we własnym domu. Na dodatek na stule, którą ukradł z kościoła z konfesjonału. To trwało kilka sekund. Michał pchnął okno tak, że szyba spadła na dół. Jego matka zbiegła zbierać szkło. Wtedy Michał wyrzucił wszystkich z pokoju i zamknął się w nim od środka. Mój chłopak wszedł tam prawie z drzwiami, gdy usłyszał rumor. Michał leżał na podłodze ze stułą na szyi. Wezwane pogotowie stwierdziło zgon. Ja przyjechałam już po próbach reanimacji. Michał był jeszcze ciepły. Nie wierzyłam, że nie żyje. Wyjąc, czekałam na kolejne pogotowie i cud. Ten jednak nie nastąpił. Przyjechali za to ludzie z czarnym workiem, do którego prawie dwumetrowy Michał nie mógł się zmieścić. Dlatego położyli go na wierzchu. Gdy podnieśli worek głowa Michała odchyliła się do tyłu. Wtedy pierwszy raz w życiu widziałam martwego człowieka…
Od tamtej pory codziennie patrzę na stojące na półce zdjęcie Michała. W listopadzie stuknęłaby mu czterdziestka. Gdyby nie grzyby może zostałby znanym poetą? W końcu pisał piękne wiersze. Może i wysportowany Romek zostałby sportowcem? A tak… nigdy nie skończył nawet szkoły średniej. Może gdyby nie grzyby, Paweł zostałby malarzem? A tak… Spotkałam kiedyś jego matkę – poszarzałą i starszą niemal o wiek. Spojrzała z zazdrością na wózek, w którym leżał mój kilkumiesięczny wówczas syn. „Ja już wnuków się nie doczekam” – powiedziała i pokiwawszy głową ze smutkiem powiedziała, że Paweł ma schizofrenię i rentę.
O śmierci Michała długo nie mogłam opowiadać nie wpadając w histerię. To pierwszy raz, gdy opisuję tę historię. Już umiem. Czas zrobił swoje. Ale to nie oznacza, że on leczy rany. On jednie uczy z nimi żyć. Ja z tą raną, że może wtedy, gdy wszyscy brali grzyby byłam za mało stanowcza i za bardzo egoistycznie nastawiona do świata, żyję od dwudziestu lat. Przecież, gdyby nie moja niechęć do koleżanki, wzięłabym te grzyby, jak inni. A tak… z tamtego towarzystwa pozostaję jedną, której życie toczy się w miarę normalnie, cokolwiek to słowo nie znaczy…
Nie czuję się przez to niestety lepiej.

7 listopada 2007

Print Friendly