MAŁGORZATA KAROLINA PIEKARSKA

pisarka, dziennikarka

Listy czytelników (wybór)

Pani Małgosiu!

Przeczytalam “Dziewiętnastoletniego Marynarza”, ktorego to połknęłam w calosci tejże nocy.
Poryczałam się rzewnie, obejrzałam wszystkie zdjęcia pod lupą… i tę twarz delikatną, oczy wrażliwe, jak u młodej dziewczyny…
Nie mogłam zasnąć, myśli intensywnie goniły jedna drugą…
Pragnę Pani ogromnie podziękować za zebranie tego wszystkiego, dotarcie do prawdy, za napisanie tej cudownej, magicznej, ale jakże życiowej, prawdziwej i wiarygodnej książki!!
Przeczytał ją moj Ojciec, a także moja Mama. Ja trzecia.
Każdy ma troszkę inną teorie na temat, dlaczego Zbyszek targnął się na swoje życie…
Nie. Przede wszystkim wg mnie, nie była to rzecz Janki, w której się kochał, oj nie… Wg mnie wykończyła go szkola, a że był delikatny wyjątkowo, szczególnie dotykały go wszelkie porażki, zmęczenie, dokuczliwi profesorowie, brak pieniędzy, brak kontaktu z rodziną, wymarzony urlop po ciężkim rejsie, którego mu odmówiono… a na koniec może właśnie Janka, która wybrała Bronka…
Musi być Pani niesamowitą osobą, kobietą…
Pozdrawiam Panią gorąco, serdecznie i raz jeszcze dziękuję!

Nina
5 września 2007

***

Szanowna Pani Małgorzato,

Właśnie w tym momencie zakończyłem czytać pani książkę “Dziewiętnastoletni marynarz”. Muszę przyznać, że jestem pod ogromnym wrażeniem historii Zbyszka. Pani książka pozwoliła mi powrócic myślami do czasu, kiedy pierwszy raz, chyba 20 lat temu, przeczytałem “Znaczy kapitana”. Muszę powiedzieć, że statek “Lwów” i jego marynarze od tego czasu pozostają w moim sercu do dzisiaj. Dlatego z wielkim wzruszeniem wziąłem do ręki Pani książkę, która pozwala mi spojrzeć na początki naszej Marynarki Handlowej w nieco innym świetle. Gratuluję pani odwagi, że pomimo tak bolesnego zdarzenia w rodzinie zdecydowała się pani opublikować historię kogoś mi bardzo bliskiego. Dziękuję za nią. Pozdrawiam serdecznie.

Piotr Rabiej – Kraków.
29 października 2005

***

List do redakcji Wieczoru wybrzeża (Dziewiętnastoletni marynarz)

Ten list trafił w moje ręce dzieki uprzejmości redakcji “Wieczoru Wybrzeża”, który opublikował recenzję mojej książki i kilka dni potem otrzymał kserokopię tego listu. Został on nadesłany przez syna adresata, który pamiętał z przekazów rodzinnych historie samobójczej śmierci w murach Szkoły Morskiej. Dopiero z tego listu dowiedziałam się szczegółów śmierci Zbyszka.

Wielmożny Pan
Tadeusz Maderski
Zakopane

Tczew 20.11.1924

Kochane chłopcy!
Tak mówiąc, Bogiem a prawdą, to nie miałem już zamiaru pisać do Was, bo faktycznie, byłoby to już mojej strony brakiem ambicji, nieprawdaż?
Tylekroć razy zwracałem się do was listownie, ale zawsze przechodziło to bez echa. Widocznie uważacie, że ze mną nie należy korespondować, ponieważ tego się domyślam, więc i nosiłem się z zamiarem więcej nie pisania. Lecz niestety wynurzyły się w ciągu ostatnich kilku dni wypadki, o których jest moim obowiązkiem wam donieść. Boć na pewno nie dowiedzielibyście się o nich wcześniej, jak na Boże Narodzenie w Warszawie.
Jednym z faktów jest usunięcie Tolka Umiastowskiego (?) ze szkoły. Igrał, igrał i się doigrał. Wszystko przypuszczaliśmy, Każdy Tolka wyczuł w tak delikatny sposób, jaki zastosowali do niego. Wyobraźcie sobie, że zwrócili się piśmiennie do Starego Umiastowskiego z propozycją odebrania Tolka ze szkoły. Tolek nie przypuszczając, że w ogóle o tym może być mowa, poprosił o urlop, który mu niezwłocznie dano bez zbędnych szemrań. List szkolny widocznie był dobrze obliczony na ambicję starego umiastowskiego, to też wkrótce skreślono Tolka z listy. W ten sposób pozbyliśmy się w tym roku jednego kolegi. Niestety prócz niego, nie ma między nami małego Piekarskiego, który popełnił śmierć samobójczą przez powieszenie. Czort wie, co mu strzeliło do głowy. Cały czas we wtorek był wesół, pracował b. solidnie w warsztatach, zjadł dwie kolacje i uczyliśmy się wszyscy razem fizyki, bo nazajutrz miała być klasówka, palił, dowcipkował, jednem słowem był normalny, jak zwykle. W pewnej chwili poprosił Bolszewika o klucze i poszedł do szafki. Nikt oczywiście nie zwrócił na to uwagi i każdy wkuwał się dalej. Było już po 10-ej. Po jakichś 15tu minutach wpada blady Rybka z krzykiem do sali: „Panowie, nieszczęście Piekarski się powiesił”. Myśleliśmy, że to żart. Lecimy na górę, a tam w izbie chorych ratują Piekarskiego sztucznym oddychaniem itd., ale pomoc okazała się za późno. Jak się okazuje oderżnął sobie sznurek od hamaka, nasmarował go pachnącym mydłem i poszedł sobie na górę, do tego opuszczonego schowka, na trzecim piętrze, obok kreślarni. Zawiesił linkę na poprzeczce, pętlę zarzucił na szyję, uczynił „wdzięczny” skok i zawisł przerywając sobie kręgi. Pierwszy zauważył go Rutkowski, który udał się tam po wiodę. Oderżnął go i zaniósł do izby chorych, ale po to tylko, żeby w kilka godzin później wymyć i ubrać go celem złożenia zwłok w szpitalnej kostnicy. Okropny widok przedstawiał. Ciemnogranatowo brunatny wyraz twarzy, oczy rozwarte, język wysunięty, wykrzywione usta. Powód absolutnie nieznany. Co jemu strzeliło do głowy tego nikt nie wie. Jutro będzie pogrzeb. Szkoda chłopca, prawda? Prócz tego nieszczęścia zachorował bardzo ciężko Łaniewski. Daj Boże, żeby się wylizał. Jednem słowem już 11 opuściło nasz kurs od początku naszej nauki w szkole Morskiej. Prócz tego zaczną się na nowo kradzieże, złe jedzenie i 50 złotych miesięcznie. Bodajby ich szlag trafił. Proszę was odpiszcie, choć kilka slow, dowiedzcie się od mojego brata o adres ojca.
Ukłony dla znajomych
Zbigniew Wojciechowski

 

***

 

Print Friendly, PDF & Email