MAŁGORZATA KAROLINA PIEKARSKA

pisarka, dziennikarka

Kosztowny dowód miłości

Pracuje ze mną studentka Asia – śliczna dziewczyna. Ostatnio zaręczyła się i pokazywała pierścionek od ukochanego. Pytała, czy sądzę, że facet ją kocha. Pierścionek był piękny! Oglądając go, myślałam: Mówi się, że kobieta idąc z mężczyzną do łóżka, daje mu dowód miłości. Jaki dowód miłości daje mężczyzna kobiecie? Utarło się, że – w dniu zaręczyn – biżuterię.
Każdy ma jakąś słabostkę. Moją jest właśnie biżuteria. Nie obwieszam się jak choinka, bo z reguły wystarcza mi jeden wisiorek lub broszka, jeden pierścionek i sygnet po prababce, czasem bransoletka i… jeden kolczyk. Dlaczego jeden? Przekłute mam tylko jedno ucho i nie chcę tego zmieniać.
Co jest takiego w biżuterii, że ją lubię? Między innymi to, że można ją dziedziczyć. Wszystko inne wraz ze zmieniającą się modą niszczeje, a prawdziwa biżuteria nabiera uroku, a jeśli się zepsuje można ją naprawić lub przerobić na inną zupełnie nową i oryginalną. Mam np. po mamie broszę zrobioną z… kolczyków prababci.
Wszyscy moi faceci wiedzieli, że biżuteria to jest to, co tygryski lubią najbardziej. Żaden z moich chłopaków nie był bogaty. Raczej… wręcz przeciwnie. Prezenty jakimi mnie obdarowywali były skromne. Zapadały jednak w pamięć, bo dawano je z serca, (choć później drogi moja i ofiarodawców rozchodziły się). Prawie wszystkie z otrzymanych świecidełek noszę do dziś. Wyjątkiem jest sznur bursztynów od eksmęża, ale tu decydują względy wagowe. Bursztyny ważą ponad pół kilo, a ja w tym sznurze czuję się jak w chomącie. Ale na przykład taką broszkę – różę z mosiądzu z perełką przypinam dosyć często. Ofiarodawca był biedny jak mysz kościelna. Skąd wziął mosiężną różyczkę? Nie wiem. Wątpię, by kupił. Nie miał nawet w co jej opakować. By nie dawać mi prezentu bez opakowania (były to czasy, gdy wszystko było na kartki, a torebki na prezenty istniały tylko na amerykańskich filmach) poszedł do apteki i poprosił o kopertę na pigułki. I tak w papierku z napisem „Cefarm apteka nr” wylądowała broszka w kształcie róży.
Eksio, który ofiarował mi bursztyny też nie był krezusem. Sznur-chomąto kupił pod halą Marymoncką za dyszkę od jakiegoś pijaka. Sam tez lubił wypić. Wybrał kupno wisiorka dla mnie od flaszki. To się ceni, nawet po latach.
Miałam wreszcie ukochanego bogatszego od innych. Miał nawet podwójne obywatelstwo. Polskie i amerykańskie. Też wiedział, że lubię biżuterię. I czasami coś dostawałam. Na przykład… pierścionek. Noszę rozmiar 11. Dla tych co nie wiedzą oznacza to, że mam dość małe i wąskie palce. Od niego dostałam pierścionek o numerze… 18. Zatrzymał się dopiero na kostce kciuka. Trzeba było zmniejszać, a jubiler… odmówił. Powiedział, że jest to „badziewie z puszki z orzeszkami, a on jest jubilerem i zajmuje się prawdziwą biżuterią”. Ukochany wił się jak piskorz i wmawiał jubilerowi, że to bardzo drogi amerykański pierścionek od amerykańskiego jubilera, a tam się robi inaczej. „To nie znaczy, że lepiej” – stwierdził polski jubiler i mrucząc pod nosem, że jego zdaniem zostało to kupione na ulicy od murzyńskiego handlarza powlókł się na zaplecze i na naszą odpowiedzialność (pierścionek może pęknąć i nie nadawać się do naprawy, bo złoto najniższej próby i tandetne) zmniejszył cud amerykańskiej sztuki jubilerskiej do nr 14. Musiałam go nosić na środkowym palcu i przyciskać srebrną obrączką. Takich „wpadek” było więcej, ale czas wymazuje je z pamięci. Wracają wtedy, gdy wydarzy się coś co tę pamięć odświeża. Niefortunny pierścionek przypomniałam sobie, gdy stara ciotka dała mi sto złotych na urodziny, a ja pomyślałam sobie, że kupię za to biżuterię. Poszłam do jubilera i zaczęłam analizować co można kupić za stówę? Sprzedawczyni, której wyjawiłam swój zamiar wyciągnęła stosy przedmiotów. Po pół godzinie wyszłam z pierścionkiem z białego złota z cyrkonią. Idąc ulicą i patrząc na nowy nabytek, przypomniałam sobie tamten amerykański o wiele mniej gustowny i uśmiałam do łez. Miłość naprawdę jest ślepa.
Ten sam ukochany na początku znajomości przywiózł mi (też z USA) wisiorek. Wręczył mi go jako coś niesamowitego, wyjątkowego i specjalnie dla mnie. Towarzyszył temu cały obrządek, który miał na celu upewnić mnie, że prezent jest drogi i dla wybranych. Wisiorek był zamknięty w wielkim pudle. W pudle tym mieściły się dwa mniejsze opakowania. Jedno zawierało ażurowe srebrne serduszko-koszyczek na łańcuszku, a drugim była puszka z zatopionym w zalewie małżem. Małż należało otworzyć, wyjąć z niego perłę i zamknąć w koszyczku. Na pudełku był próbnik. Należało sprawdzić kolor perły z kolorem z pudełka i przekonać się co to za amulet. Moja perła była ponoć amuletem zdrowia. Łańcuszek do koszyczka był tandetny, więc podmieniłam na inny. Koszyczek szybko zaczął obłazić, więc przestałam nosić amulet, a potem o nim zapomniałam. Kiedy ostatnio siedziałam w wannie i czytałam gazetę, pod jakimś artykułem zauważyłam reklamę, a na niej… ten właśnie wisiorek. Dookoła niego były pudełka z małżami, a napis na reklamie głosił: „Talizman każdej kobiety – hurt i detal 24,99 złotych” towarzyszył temu numer telefonu komórkowego. Mało nie utopiłam się w wannie ze śmiechu. Śmiali się z tej historii wszyscy znajomi. I tylko jedna przyjaciółka nie. Wysłuchawszy, powiedziała: „Przecież to straszne”. Spytałam dlaczego. A ona wyjaśniła, że np. w krajach muzułmańskich, gdy mąż oddala żonę może ona zabrać ze sobą tylko biżuterię. To ze sprzedaży tejże musi potem żyć. „Gocha. Ile ty byś wyżyła za 24,99?” – spytała przyjaciółka. A gdy zauważyłam, że za mniej, bo wisiorek się zniszczył po tygodniu – jęknęła. A mnie jeszcze bardzie zachciało się śmiać. Zwłaszcza, że wisiorek znalazłam potem w sklepie internetowym. Oferowano 1640 sztuk dla 1640 wyjątkowych (jak ja!) kobiet. Czyż to nie zabawne?
A zaręczona studentka Asia? Jej facet musi ją kochać. Skąd wiem? Pierścionek, który pokazywała na pewno nie był „z gazety”, ani „z orzeszków”, a ukochany do krezusów nie należy. Widać było, że w zakup włożył całe serce i oszczędności. Inaczej Asia dostałaby tandetę. Kocha ją. Na bank!

27 listopada 2007

Print Friendly