MAŁGORZATA KAROLINA PIEKARSKA

pisarka, dziennikarka

Nic nie jest wieczne, czyli: jak żyje się w bezsilności

Miałam napisać szyderczy felieton. Właśnie kończyłam swoje wynurzenia o tym jaka głupia jest nasza Polonia, której przedstawiciele siedząc w śmierdzącym Nowym Jorku i zrywając azbest uważają się za lepszych od rodaków pozostałych w kraju, mnie zaś niektórzy jej przedstawiciele uważają za niegodną bycia życiową partnerką syna jednego z nich.

Wieże World Trade Center widziane z dołu. Tu pracowało ponad 50 tysięcy osób, mieściło się tu 500 firm. Miesięcznie odwiedzało to miejsce 200 tysięcy zwiedzających. Gdy pokazałam to zdjęcie znajomym mówili, że nic szczególnego. Jeden z kolegów, który także odwiedził kiedyś Nowy Jork powiedział: „Takie samiuśkie zrobiłem! Przecież inaczej się nie da!”

Nagle zadzwonił telefon, moja przyjaciółka Krysia Prostak pracująca w Informacyjnej Agencji Radiowej powiedziała, żebyśmy z D. włączyli CNN, bo jakiś samolot uderzył w World Trade Center.
W tym momencie przerwałam pisanie felietonu, do którego potem nie mogłam już psychicznie wrócić. Od tej pory wszystko działo się już na naszych oczach, a także na oczach całego świata, który śledził wydarzenia na ekranach telewizyjnych rożnych stacji. Wyglądało to jak kiepski film science-fiction. Tyle, że działo się przecież naprawdę.
Ten wtorkowy dzień był wyjątkowo okropny. Nie dalej jak w poniedziałek przeżyliśmy kłótnię ze znajomym i jego żoną. Oboje na stałe mieszkają w Nowym Jorku. Mówili, że mój chłop zrobił błąd opuszczając Stany Zjednoczone i Nowy Jork, bo pracując tam przy windach dorobiłby się czegoś, a tutaj… nie dorobi się niczego nawet będąc konsultantem do spraw biznesu.
Znajomy pracuje jako mechanik przy windach, a jego żona sprząta biura w World Trade Center! Przepraszam. Sprzątała!
Patrząc w ekran telewizora oboje z D. myśleliśmy o kłótni. Ale też i o tym, że nie odprowadziliśmy ich na samolot, który na 10 minut przed tragedią wystartował z lotniska na Okęcie w kierunku Londynu gdzie znajomy miał mieć przesiadkę. Jego żona miała lecieć tydzień później. Tego samego dnia wyleciała do stanów jej rodzona siostra z siedemnastoletnim synem. Ci z kolei mieli mieć przesiadkę w Helsinkach.
Gdy BBC i CNN, które na zmianę oglądaliśmy, najpierw pokazały jak drugi samolot uderzył w drugą z wież, a potem jak kolejny uderzył w Pentagon, jeszcze jeden zaś zestrzelono pod Pitsburgiem – myśleliśmy o jednym. Jak to jest możliwe?
Siedzieliśmy przed telewizyjnym ekranem zmartwiali. W końcu D. mieszkał tam 10 lat, ja zaś byłam w tym kraju trzykrotnie.
Raz zgodnie z zachętą, wypisaną na ulotkach krzyczących „Touch the sky! Go on the top of the World Trade Center” wjechałam windami na 110 piętro i … dotknęłam nieba.

To ja na dachu jednego z bliźniaków – Tower 2. Wejść bowiem można było tylko na jeden taras widokowy. Na dachu drugiego bliźniaka znajdowała się kawiarnia. Okna na świat, czyli „Windows of the world” – Tower 1. Kiedy poproszony przeze mnie turysta robi mi zdjęcie wieje wiatr. Nie chce mi się tu dłużej stać i myślę sobie, że przecież nie raz będę w Nowym Jorku. Przecież jeszcze nie umieram, a te wieże będą stać wiecznie.

W wietrzny kwietniowy dzień stanęłam na dachu Tower-2, gdzie mieścił się taras widokowy kompleksu World Trade Center. Porównywałam ten widok z widokiem z Empire State Building, gdzie byłam poprzedniego dnia. Różnica 20 metrów, a jednak…
Dzisiaj wiem już co widzieli ci, którzy skakali z okien wież. Nie wiem tylko co czuli, gdy ich białe chusteczki powiewały z góry.
Oderwałam się od ekranu, by wyciągnąć zdjęcie, które zrobiła mi obsługa turystyczna WTC. Kosztowało 15$ i długo się wahałam, czy mogę sobie pozwolić na taki spory jak na polską kieszeń wydatek, mając własny aparat.

To zdjecie zrobiono mi, gdy wchodziłam do gmachu i oczekiwałam w długiej kolejce wiozącej mnie na sam szczyt. Bowiem to na szczycie można było odebrac fotografie. Były one w dwóch egzemplarzach, każda w specjalnej okładce zawierającej najważniejsze informacje o tym, jak uzyskac więcej odbitek. Cena pamiątki to 15$. Jeszcze niedawno mogłam zamówić więcej odbitek dzwoniąc do WORLD TRADE CENTER pod podany na okładce numer: 888-887-5856 podając mój numer zwiedzającego: 40600047NN1A53. Dziś to zdjęcie jest dla mnie wstrząsającą pamiątką.

Jednak stwierdziłam, że to będzie milszą pamiątką po wizycie na dachu świata niż na przykład breloczek. Zwłaszcza, że zdjęcie dostawało się w dwóch egzemplarzach i w specjalnym albumie każde. Na albumie było napisane, że jeśli kiedykolwiek będę chciała uzyskać więcej odbitek mogę zadzwonić lub napisać. Wystarczy tylko podać numer, znajdujący się na odwrocie fotografii. Na okładce był też adres internetowy: http://www.wtc-top.com. Podeszłam do komputera i wystukałam go w oknie przeglądarki. Strona nie była już dostępna. Zanim poinformowałam o tym D. usłyszałam jego krzyk. Oto pierwsza z wież zawaliła się jak zamek z piasku.
Siedząc przed telewizorem nie baliśmy się o znajomego. Był przecież w samolocie lecącym do Londynu. Z dala więc od terrorystów rozbijających Boeingi o przepełnione ludźmi budynki. Myśleliśmy jednak o tym jak on wróci do domu no i co jest z resztą innych naszych znajomych, którzy żyją w Wielkim Jabłku. Wprawdzie większość mieszka na Brooklynie lub w Queens, ale pracują na Manhattanie. Dzwoniliśmy do wszystkich. Ich komórki nie odpowiadały. Dopiero po chwili zorientowaliśmy się, że może to być spowodowane tym, że większość anten umocowana była na dachach bliźniaczych wieżowców.

Od 11 września panorama południowej części Manhattanu, widziana z Empire State Building, wygląda inaczej. oto jak wyglądała jeszcze nie tak dawno…

Najbardziej boję się o Solange. To przyjaciółka jeszcze mojego Taty. Solange ma 60 lat i jest pół Polką pół Fracuzką. Polskiego zaczęła się uczyć mając 11 lat na … paryskiej Sorbonie. Odwiedzaliśmy ją w Nowym Jorku wszyscy, a i ona gościła u nas w Warszawie kilkukrotnie. Była i jest najbardziej niesamowitą osobą jaką kiedykolwiek poznałam. Dumna ze swoich polskich korzeni dopytywała mnie o … polskie brzydkie wyrazy, bo tego na Sorbonie nie uczą! Solange z zawodu fotografik i filmowiec dzisiaj jest na emeryturze. Mieszka z kotem, z którym rozmawia po francusku, na ostatnim piętrze domu na Prince Street w samym sercu Soho – jednej z południowych dzielnic Manhattanu. We wtorek, w kilka godzin po tragedii jej telefon milczy.
W kilka godzin po starcie samolotu z Warszawy do Londynu wiemy już, że przestrzeń powietrzna nad Stanami Zjednoczonymi zostaje zamknięta. Wszystkie samoloty mają być kierowane do Kanady. W niespełna godzinę później kanadyjskie niebo również zostaje zamknięte. Szukamy naszego znajomego. Jego żona, która jest w mieszkaniu syna bierze krople nasercowe. Próbujemy dzwonić do Lotu i British Airways. Bezskutecznie. Przeciążone linie wciąż są zajęte. Znajomy znajduje się po kilku godzinach. Jest z powrotem na Okęciu. Urywanymi zdaniami opowiada jak wylądował na lotnisku Heathrow w Londynie. Tam poinformowano go, że albo może zostać w Londynie albo wrócić do Polski. Do Stanów lecieć nie może. Nie powiedziano jednak dlaczego. Dopiero w Polsce po raz pierwszy spogląda na ekran telewizora. Dopóki nie spojrzał weń, myślał że zawalenie się wież World Trade Center to żart. Tylu jego kolegów pracowało tam na windach…
W międzyczasie dzwoni jego szwagierka z Helsinek. Zdecydowała się tam pozostać.
Do mieszkającej w Soho Solange dodzwaniam się dopiero w środę. Gdy w słuchawce słyszę jej powiedziane z francuskim akcentem „Hallo” nie mogę powstrzymać łez. Solange zaś opowiada, że była o kilka przecznic dalej, gdy nastąpił straszliwy huk. Z biura w którym się znajdowała wybiegli wszyscy. Gdy w drugą z wież uderzył samolot Solange myślała, że to trzecia wojna światowa.

Widok z dachu WTC na południe Manhattanu i statuę wolności.

W dzień po tragedii Solange opisuje mi downtown jako wymarłe miasto. Wprawdzie mieszkańcom nie odcięto prądu, gazu i wody, ale nie działa komunikacja miejska, nie działają też sklepy i restauracje. Ulice są puste. Tylko w bezpośredniej okolicy miejsca, w którym doszło do tragedii krążą służby ratownicze, policja, straż pożarna i gwardia narodowa.
Widok z World Trade Center na wschodnię stronę Nowego Jorku, czyli dzielnice brooklyn. Ten most, który widać jako bliższy, to Brooklyn Bridge. Ma on 486 metrów długości, więc niewiele więcej od wież World Trade center bez anten, zaś mniej od wież World Trade Center z antenami.

Dwa dni po tragedii znajomi z rozgłośni radiowych i stacji telewizyjnych wydzwaniają do nas po numery telefonów zwykłych mieszkańców nowego Jorku. Potrzebują informacji o tym jak wygląda życie w mieście, w którym zawalił się szczyt świata.

By wejść do World Trade Center, trzeba było najpierw przejść przez wielkie lobby. Tutaj każdemu turyście robiono zdjęcie, które odebrać można było po wjechaniu na dach – szczyt świata, czyli po angielsku „Top of the world”. W głebi widac długą kolejkę ludzi. Wjazd na dach trwał krótko.

Solange po raz kolejny opowiada o tym kilku moim koleżankom. Jej głos idzie w eter na całą Polskę. „Przechodnie są legitymowani, obowiązkowo więc trzeba mieć przy sobie paszporty. Po downtown mogą poruszać się jedynie mieszkańcy tej dzielnicy. To trochę jak okupacja – mówi Solange, – ale … życie na amerykańskiej ziemi uczy optymizmu. Nie będzie tak wiecznie. Ameryka otrząśnie się z tego. Tylko żeby ten kurz opadł, bo w płucach strasznie zatyka.”
Patrzę jeszcze raz na zdjęcia, które zrobiłam w Nowym Jorku. Dwie wieże biegnące ku niebu, panorama południowego Manhattanu widziana z dachu Empire State Building… nic nie jest wieczne.

Wrzesień 2001

 

Print Friendly, PDF & Email