MAŁGORZATA KAROLINA PIEKARSKA

pisarka, dziennikarka

2015 r. – Tylko dzieła przetrwają – wywiad dla kwartalnika Liry Dram

liryZ Małgorzatą Karoliną Piekarską rozmawia Zbigniew Milewski

ZM: Kim jesteś w literaturze, świecie literackim?

MKP.: W ogóle nad tym się nie zastanawiam i przyznam, że nawet nie chcę, bo szkoda mi czasu. Miałam osiem lat, kiedy podjęłam decyzję o zostaniu pisarką. Było to podyktowane względami praktycznymi. Od kiedy sięgam pamięcią wymyślałam masę historii, którymi chciałam dzielić się z innymi. Szybko okazało się, że by się nimi podzielić muszą one być gotowe od pierwszego zdania do ostatniego. Bo gdy jako ośmiolatka próbowałam publicznie opowiedzieć jedną z nich, a jeszcze nie wymyśliłam jej zakończenia i próbowałam na poczekaniu, to nie spotkało się z aprobatą, ale z pogardliwym: „Dobra. Siadaj. Dokończysz nam, kiedy indziej.” Stwierdziłam wtedy, że będę te wymyślone historie zapisywać. I tak jest do dziś. Pisanie jest dla mnie rodzajem porządkowania i dokumentacji tego, co sobie wymyślę. Zresztą porównuję je do sprzątania. Pisząc sprzątam umysł. Napisanie wiersza jest jakby sprzątnięciem szuflady, napisanie opowiadania sprzątnięciem pokoju, a gdy powstaje książka to tak, jakbym sprzątnęła całe mieszkanie.

ZM.: Jak widzisz obecnie swoją postać i swoją, że tak powiem, literacką karierę?

MKP.: Nad tym też się nie zastanawiam. Robię swoje. Jestem miłośniczką małych kroczków. Od małego mi powtarzano, że: „bez pracy nie ma kołaczy”, „ziarko do ziarka i zbierze się miarka”, a także, że: „nie od razu Kraków zbudowano”. Dlatego cierpliwie idę do przodu tak krok po kroku. Kiedyś marzeniem było opublikować coś krótkiego. Potem dłuższe formy. A ponieważ marzenia trzeba realizować, więc ja sobie powolutku je realizuję. Nie zastanawiam się czy to jest kariera literacka czy coś innego. Nie lubię takich słow. Zresztą słowo „kariera” jest pojęciem względnym. To, co może być karierą dla ciebie, niekoniecznie jest karierą dla kogoś innego. I odwrotnie. Mnie nie interesują na przykład tytuły, nagrody, czerwone dywany i takie tam głupoty. Nie biorę udziału w konkursach literackich. Jak ktoś gdzieś mnie do czegoś zgłasza – proszę bardzo. Sama nigdzie się nie pcham. Chcę tylko umrzeć mniej głupia niż się urodziłam i napisać wiele ciekawych książek.

ZM.: Czym jest dla ciebie wiersz, opowiadanie i jego publikacja? Czy jesteś bardziej czytelnikiem cudzych wierszy czy twórcą własnej poezji?

MKP.: Ustalmy jedno. Napisałam w życiu kilkaset wierszy, z których 99% wyrzuciłam do śmieci uznając, że się do niczego nie nadają. Nawet do wytarcia sobie nimi tyłka, bo akurat wiersze piszę ręcznie i zawsze piórem z atramentem, a ten się trudno domywa. Pewnie dlatego, że robię taki odsiew do tej pory nie uzbierałam wierszy nawet na jeden tomik. Wierszom stawiam bardzo wysoko poprzeczkę. Jestem na pewno bardziej czytelnikiem cudzych wierszy niż twórcą własnych. Rzadko coś mnie zresztą w tych cudzych wierszach zachwyca. Większość rzeczy, które czytam to tzw. wiersze drukowalne, czyli poprawne. A ja chcę, by poezja powalała mnie na kolana. Ma być czymś takim, co jak czytam, to chcę to czytać po raz drugi, trzeci i dziesiąty. Powinno to być coś takiego, do czego nie tylko chcę wracać, mieć na własność w postaci tomiku na półce, czy w postaci pdf’a na tablecie i komórce, ale chcę czytając czuć własną literacką marność i małość. Rzadko trafiam na taką twórczość wśród żyjących. Dlatego często czytam tych, których znam niemal na pamięć. Można mi wierzyć lub nie, ale to są zarówno Adam Mickiewicz jak i Bolesław Leśmian, Julian Tuwim czy Władysław Broniewski. To także niedawno zmarły Stanisław Barańczak czy Jacek Kaczmarski. Siebie postrzegam jako prozaika. Poetką nawet nie bywam. Czasem coś poetyckiego mi się uda napisać, ale jest to zawsze najwyżej na tak zwane trzy i nie jestem pewna czy z plusem.
A czym jest publikacja? Publikacja jest po prostu dzieleniem się z innymi tym, co się napisało. Nie wierzę w to, że ktoś pisze dla siebie. Uważam, że ludzie, którzy tak mówią to kłamią. Dla siebie to ja wymyślam historie. Zapisuję je dla innych.

ZM.: Jacy twórcy, bardziej Mężczyźni czy Kobiety są dla ciebie istotni?

MKP.: W literaturze płeć autora nie ma dla mnie znaczenia. Ma mnie to wciągać, poruszać itd. Mam swoich ulubionych pisarzy i pisarki. Zarówno polskich jak i zagranicznych i to wśród żyjących jak i zmarłych. Nie ma też znaczenia czy piszą dla dzieci czy dla dorosłych. Czasem dziś dopiero odkrywam jakieś dzieła autorów z dzieciństwa i sięgam po nie, bo nie znam, a nadal jest we mnie wielka potrzeba poznania. Zaś z tą płcią autorów jest czasem dość zabawnie. Gdy byłam dzieckiem byłam pewna, że Eleanor H. Potter to facet, bo przecież imiona kobiet kończą się na A, a to się kończy na R, więc to musi być facet. Podobnie obierałam Astrid Lindgren czy Tove Jansson.

ZM.: Czy dostrzegasz różnice między jak to się potocznie mówi „poezją kobiecą”, a tą pisaną przez mężczyzn?

MKP.: Czasami tak. Głównie jest to różnica w podejmowanych tematach. W prozie trudniej rozpoznać płeć autora. Stąd moje zdziwienie, że Astrid czy Tove to kobieta. W poezji jednak łatwiej to wyczuć. Mężczyźni rzadko piszą wiersze z pozycji kobiety i z jej punktu widzenia. Rzadko o macierzyństwie, chyba, że jako synowie. Kobiety też rzadko stawiają się w poezji w roli mężczyzn. Dlatego śmieszy mnie, że na konkursy poetyckie trzeba przysyłać wiersze opatrzone godłem, a dane autora zamyka się w kopercie. Przecież czasem po treści wiadomo, jakiej płci był autor, który je pisał.

ZM.: Mówi się czasem, że książka składa się z dwóch części: z tego, co autor napisał i z tego, czego nie napisał. Co powiesz o tej drugiej części w przypadku twoich książek? Jakiego tematu, który – być może masz taki – dręczy cię i meczy, nie poruszałaś?

MKP.: Jeśli myślisz o autocenzurze to stosuję ją, ale nie cenzuruję tematów tylko sposób ich podawania czytelnikowi. Na przykład w powieściach młodzieżowych piszę o seksie, ale nie opisuję kto dokładnie co zrobił. Tylko piszę po prostu o miłości czy namiętności. Zresztą najlepiej opisany seks znalazłam w dzieciństwie w „Baśniach tysiąca i jednej nocy”, które dostałam od babci nieświadomej ile opisów mieczy w pochwach jest na kartach tej książki i że może niekoniecznie jest to lektura dla dziesięciolatki. Nie cenzuruję tematów. Nie ma zresztą dla mnie tematów tabu. Mam wielką potrzebę wolności myśli. I trudno jest mi narzucić cenzurę. Dlatego piszę to, na co mam ochotę. Jakieś trzy miesiące temu ukazała się na Ukrainie moja powieść „LO-teria”, w której jest wierszyk o kupie. I ten wierszyk ukraińska tłumaczka ocenzurowała, czyli skróciła do jednej zwrotki. A przecież kupa jest tym, co siedmiolatki śmieszy najbardziej. Polski wydawca nie miał nawet przez chwilę ochoty cenzurowania książki z powodu rymowanego wierszyka o kupie, który zresztą napisałam kiedyś dla mojego syna, gdy miał siedem lat i był wierszykiem za chwycony, bo jak każdy siedmiolatek był fizjologią ubawiony. W powieści autorem wierszyka jest jeden z bohaterów i też pisze go z myślą o pewnym rozbrykanym siedmiolatku. Ja zresztą poruszam w swoich książkach to, co chcę. Owszem, wymyśliłam kilkaset powieści a napisałam tylko kilkanaście, zaś wydałam jeszcze mniej, ale te nienapisane pozostają nienapisane nie z jakiejś własnej niemocy twórczej, ale dlatego, że i tak bez przerwy coś robię i prowadzę jakieś projekty literackie, czy okołoliterackie. Mam tak naprawdę niewiele czasu na myślenie o niebieskich migdałach. Na takie oddychanie i lenistwo. Dlatego piszę to, co mogę napisać, bo znalazłam czas i akurat na to jest zapotrzebowanie.

ZM.: Są tacy, co uważają, że pisarz nie pisze o swoich tematach, tylko jak gdyby obok nich, zwłaszcza dotyczy to osób już uznanych. A zatem, zakładając przez moment, że to twierdzenie jest słuszne, obok jakich tematów, jak myślisz, ty piszesz?

MKP.: Nie wiem zupełnie, co odpowiedzieć. Może nie rozumiem tego pytania albo stwierdzenia? Mnie się nie wydaje bym pisała obok jakiegoś swojego tematu. Piszę o tym, co mnie interesuje i takie książki, które sama lubię czytać, a uważam, że nikt przede mną ich nie napisał lub napisał nie do końca tak, jak ja dany temat widzę.

ZM.: Jakimi cechami powinien dysponować twój idealny czytelnik? Co powinien wiedzieć zawczasu i na co powinien być przygotowany? Czego oczekujesz od swoich czytelników?

MKP.: To jest jakieś trochę dziwne pytanie. Jak ja mogę od czytelnika oczekiwać czegokolwiek poza umiejętnością czytania ze zrozumieniem? Zresztą samo zrozumienie lub niezrozumienie utworu też zazwyczaj wynika z błędów pisarskich a nie z winy czytelnika. Chyba, że mamy do czynienia z tępakiem. To nie autor ma wymagać od czytelników, ale czytelnicy od autora. Pisarz nie może też od czytelnika niczego oczekiwać! Jeśli ma w stosunku do niego jakieś wymagania, plany czy oczekiwania to znaczy, że jest idiotą! Pozwolę sobie na takie porównanie do świata filmowego. Była taka głośna sprawa, kiedy pewna polska debiutująca reżyserka została za swój film skrytykowana i zażądała od pewnego portalu filmowego konfrontacji i polemiki. Zaprosili ją do studia i nagrali z nią rozmowę, w której ona przekonywała krytyka, że nic z jej filmu nie zrozumiał i miał za słabe przygotowanie ogólne do odbioru tego, co ona stworzyła. Twierdziła, że nie zauważył archetypów, do których się odwołała i być może nie widział filmów, do których ona tym swoim nawiązała. Dla mnie to był jakiś jej własny strzał w stopę. Zarówno reżyser filmowy, jak i pisarz powinien zakładać, że być może jego film czy książka są pierwszymi dziełami, z jakimi ma do czynienia odbiorca. I wracam teraz do literatury. Jeśli czytelnik nie rozumie książki, to znaczy, że jest ona źle napisana. Tak naprawdę wszystko można napisać tak, by zrozumiał to każdy. Sęk w tym, że wielu ludziom wydaje się, że im bardziej zakręcą językiem i im więcej obcych słów wrzucą do tekstu a do wiersza metafor tym lepiej, bo wyjdą na mądrzejszych. Zawsze określam to stwierdzeniem: „prezerwatywie prostytuując wyciągamy onanizujące wnioski”. Jeśli czytelnik czegoś nie rozumie, a zna wszystkie słowa w tekście, to znaczy, że jest to źle napisane. Jeśli zaś są w tekście słowa, których on nie zna i nie odczuwa potrzeby sięgnięcia do słownika, by je poznać, to też jest to źle napisane. Pamiętam, jak przegryzałam się przez „Imię róży” naszpikowane łacińskimi sentencjami. Chciałam je zrozumieć. Z „Łaciną na co dzień” w ręku brnęłam dalej. Oczywiście książki mogą być nie w czyimś typie, ale to już zupełnie inna historia. W nie moim typie jest cały Tolkien, ale nigdy bym nie powiedziała, że jest złym autorem. A i on nie przypuszczam, by miał pretensje do mnie, jako do czytelniczki, że nie wracam do jego książek. By wymagał, abym ja się zmieniła. Autor, który wymaga czegoś od czytelnika poza umiejętnością czytania ze zrozumieniem, moim zdaniem już na wstępie przegrywa. Ja nawet nie oczekuję, że mój czytelnik będzie miał poczucie humoru, które prywatnie bardzo sobie cenię i które we wszystkich moich książkach jest obecne. Niech po prostu czyta. Bo przecież tylu mamy przyjaciół ile książek przeczytaliśmy.

ZM.: Czy według ciebie tak zwany artysta, pisarz, poeta różni się czymś od innych ludzi, którzy artystami nie są? A jeśli tak, to, czym?

MKP.: Jest bufonem. Przepraszam. W ogóle nie lubię określenia artysta. Chętnie zamieniam je na twórca i uważam, że to słowo powinno się zresztą pisać przez duże TFU. To jest jakiś mit, że artysta to ktoś niezwykły. I ten mit powoduje, że są hordy ludzi, którzy coś tworzą i mają się za Bóg wie kogo. Ten mit powoduje, że wielu ludziom tylko dlatego, że coś tworzą uchodzą płazem haniebne czyny w życiu prywatnym. Uchodzi im bicie żony, chlanie na umór. Mit, że artysta to ktoś wyjątkowy, a w związku z tym wolno mu więcej, mnie i śmieszy i irytuje. Powoduje, że gdy mam chwile zwątpienia, bo na przykład nie mogę dogadać się z wydawcą, ktoś mi odrzuci jakiś tekst, itd., zaczynam się zastanawiać, czy nie zrobić jakiegoś skandalu. Może przejść nago Marszałkowską z wieńcem kiełbas wokół szyi a jedną kiełbasa w dupie? W końcu skoro pisarz to artysta, a temu więcej wolno… Może ujdzie mi na sucho, a skandal spowoduje, że wreszcie znajdę wydawcę? Zrobi się o mnie głośno? Niektórzy tak robią. A to jest niezdrowe i nieeleganckie.  Pyszałkowatość tych, którzy uważają, że z racji bycia pisarzem lub poetą więcej im wolno mnie też czasem boli. Znam ludzi, którzy są takimi artystami, że nie mogąc się utrzymać z twórczości zmuszają innych do wiecznego łożenia na swoje utrzymanie. Są to podstarzałe poetki na garnuszku mamuś, podstarzali malarze na utrzymaniu zgnębionych żon. Mogłabym rzucić konkretnymi nazwiskami, ale po co robić komuś reklamę. A byłaby to reklama, bo takie zachowanie ze strony artysty jest społecznie akceptowalne. Zaś informacja, że jakiś poeta czy aktor sprząta lub pierze budzi zdziwienie, a nawet czasem niesmak. Dlatego uważam, że jeśli cokolwiek rożni artystę od reszty ludzi to fakt, że często ma się za lepszego od innych i wykorzystuje mit artysty do pielęgnowania takich swoich zachowań, które powinno się tak naprawdę piętnować. Jeszcze jedno może powiem. Skończyłam wydział historyczny. To bardzo uczy pokory. Jestem i pisarką i dziennikarką. Jako dziennikarka często robię sondy na ulicy i pytam ludzi czasem nawet o podstawowe rzeczy. Ludzie często nie są wstanie odpowiedzieć na najprostsze pytania. Na przykład od kiedy Warszawa jest stolicą Polski, choć pytam ich o to w pobliżu Kolumny Zygmunta. Wiem, że gdybym wyszła na ulicę i spytała na przykład o to, kim był Mikołaj Sarbiewski, to nie wiem czy ktokolwiek by to wiedział. A przecież był to najbardziej znany w Europie poeta, zwany Horacym Mazowsza lub sarmackim Horacym. Niemal każdy z władców europejskich chciał mieć go w swojej służbie i na swoim dworze. Ludzie nie pamiętają już pisarzy czy poetów z XIX wieku! Poza Zygmuntem Krasińskim, Adamem Mickiewiczem czy Juliuszem Słowackim oraz Bolesławem Prusem i Henrykiem Sienkiewiczem to nie wiem, kogo więcej by wymienili. Stefan Żeromski i Władysław Reymont to już bardziej początek XX wieku. Dlatego każdy, komu się wydaje, że bycie jak to powiedziałeś „artystą”, bo się jest poetą czy w ogóle literatem, malarzem, aktorem etc. czyni go niezwykłym człowiekiem – mnie po prostu śmieszy. Ja zawsze z uporem, być może godnym lepszej sprawy powtarzam, że na świecie jest ponad siedem miliardów ludzi, którzy nie słyszeli o Jezusie, a co dopiero o jakiejś Piekarskiej czy innych pismakach. Jeśli więc komuś się wydaje, że jest wielki, bo wydał kilka książek, czy zdobył jakieś nagrody literackie, to niech kupi za zdobyte w konkursie lub wypłacone jako honorarium dziesięć złotych młotek w sklepie żelaznym i stuknie się nim raz a dobrze w głowę dla otrzeźwienia i zejścia na ziemię. Jest takie przysłowie: „Nie było nas – był las. Nie będzie nas – będzie las.” Czy myślisz, że za sto lat ktoś będzie wiedział, kim byłeś ty czy ja? Szczerze wątpię. Choć oczywiście obojgu nam życzę wszystkiego najlepszego.

ZM.:, Od czego zależy i czym tak w ogóle jest według ciebie dzisiaj sukces w literaturze i w środowisku literackim?

MKP.: Z sukcesem tak jak z karierą. Dla jednych będzie to sprzedaż książek w wielkim nakładzie. Dla innych otrzymanie za książkę prestiżowej nagrody. Ale tak naprawdę co jest sukcesem zweryfikuje czas. Po przemianach ustrojowych żyjemy w Polsce w kulcie pieniądza. Kiedyś przy koleżance odebrałam rachunek za gaz i aż jęknęłam. Wtedy ta koleżanka powiedziała mi, że gdybym napisała książkę tak dobrą jak „Harry Potter” to bym nie miała kłopotów finansowych i nie jęczałabym dostając rachunki. Odpowiedziałam jej, że wielu uważa, że moja „Klasa pani Czajki” jest lepsza od Harry’ego Pottera, bo ma więcej warstw i zawiera więcej ponadczasowych treści. Zresztą wielu czytelników do niej wraca i czyta po raz kolejny w liceum, a potem będąc na studiach. A jednak moja książka nie sprzedała się aż tak jak cykl Rowling i nie została przetłumaczona na aż tyle języków. Dlaczego? Promocja szeptana, której „Klasa pani Czajki” zawdzięcza sukces i sprzedaż ponad 50 tysięcy egzemplarzy to dziś za mało. W Rowling władowano kupę pieniędzy i to potem zaprocentowało tym, że i ona i jej wydawcy, a potem także producenci filmów, gadżetów etc. zbili na tym fortunę. Nie wiem, czy pamiętasz, że gdy następną książkę wydała pod pseudonimem Robert Galbraith, to nikt tego nie kupował dopóki nie zdradziła sekretu, że to też ona. Dziś jest masa pisarzy na świecie. Już wynalazek maszyny do pisania upowszechnił pisanie, a komputery sprawiły, że pisarstwo wręcz spowszedniało, bo jednak pisać na komputerze jest jeszcze łatwiej niż na maszynie. Jest więc wielka konkurencja w pisarskim świecie. Zresztą każdy może napisać jedną książkę. Dopiero druga, trzecia i kolejne mówią coś o pisarzu. Do stowarzyszeń literackich nikt nie przyjmuje autorów jednego dzieła. Ale tak naprawdę to czas pokaże ilu z tych dzisiejszych pisarzy przetrwa próbę czasu, a ile książek zostanie w bibliotekach w zakurzonych magazynach wśród innych kiedyś uznanych, a dziś zapomnianych tomów. Na początku dziewiętnastego wieku niejaka Maria Wirtemberska wydała książkę „Malwina czyli domyślność serca”. Był to pierwszy polski romans grozy. Ludzie się tym zaczytywali. Uważano, że to arcydzieło. Dziś niewielu słyszało o Wirtemberskiej, a rzadko kto czytał jej książkę, choć napisała ich o wiele, wiele więcej niż te jedną „Malwinę”. Mówiłam, że żyjemy w kulcie pieniądza. Ludzie często myślą, widząc na przykład bilbord z książką: „Wpakowano kupę forsy w plakaty, to musi to być coś dobrego.” I kupują. Czy to, że kupili jest sukcesem autora? Z punktu widzenia ekonomicznego – na pewno. Ale jest jeszcze ta druga strona medalu. To jest ten czas, o którym mówię. On naprawdę wszystko zweryfikuje. Patrz wspomniana przeze mnie Wirtemberska. Poza tym co z tą poezją, której nakłady, poza pewnymi wyjątkami, nie przekraczają tysiąca egzemplarzy? Niektórzy uważają, że w przypadku poezji sukcesem jest wydanie tomiku wierszy nie na własny koszt, ale za pieniądze jakiegokolwiek sponsora. Ja uważam, że sukces w literaturze świętują dzieła, a nie ludzie. I to wtedy, gdy przeżyją swoich autorów.

ZM.: Czy jest w twoim życiu jakaś przestrzeń, w której sztuki, literatury nie ma wcale? Jeśli jest, to jak się z tym czujesz?

MKP.: Mam chyba jedną z większych w Warszawie prywatnych bibliotek. Książki są u mnie wszędzie. Nie tylko w pokojach, ale także w kuchni, łazience, a nawet w WC stoi Słownik Wyrazów Obcych Władysława Kopalińskiego i PRL-owska jednotomowa encyklopedia PWN oraz jakieś dwie o seksie, które robią tam za tzw. „literaturę kiblową”. Tak wiec nie ma u mnie przestrzeni bez literatury. Książki mam też w tablecie, a także w komórce, by w chwilach, w których mnie ktoś zirytuje móc się odciąć i wejść w przyjazny świat stworzony przez ludzi z wyobraźnią. Mam tam całą klasykę. Ponieważ sporo podróżuję po Polsce i często pociągami lub autobusami, więc ta klasyka pozwala mi przetrwać, gdy na przykład jadę i ktoś przy mnie prowadzi długie rozmowy telefoniczne. Mam zwyczaj, że nie zwracam nikomu uwagi. Nie wychowuje ludzi i nie pouczam. Zwłaszcza dorosłych. Dlatego w milczeniu cierpię katusze i wtedy wspomagam się literaturą. Niestety w takich sytuacjach, które mam na myśli skupienie się nad lekturą nowej książki bywa dla mnie trudne, ale ucieczka w to, co dobrze znam jest tym, co króliczki lubią najbardziej. Tak wiec, gdy przy mnie pani przez telefon gotuje lub rozwodzi się z mężem, ja uciekam do „Słówek” Boya, „Bajek” i „Satyr” Ignacego Krasickiego, „Ballad i Romansów” Adama Mickiewicza myśląc sobie, jacy oni byli szczęśliwi, że w ich czasach nie było komórek, a i liczba idiotów była trochę mniejsza, bo było mniej ludzi na świecie.
W ogóle nie mam przestrzeni bez sztuki. Skończyłam historię sztuki i właściwie ze sztuką, kulturą, literaturą i historią obcuję non-stop.

ZM.: Gdybyś miała przez moment wcielić się w rolę surowego krytyka czy recenzenta oceniającego twoje książki, to na jakie ich mankamenty wskazałbyś w pierwszym rzędzie?

MKP.: Ja cały czas jestem surowym krytykiem dla siebie i surowym recenzentem swoich książek. Nigdy nie jestem zadowolona z tego co napiszę. Zawsze uważam, że wymyśliłam to lepiej, a napisało się tak, jak mi starczyło talentu i umiejętności. Jak mówią: „tak krawiec kraje, jak mu materii staje”. Z tego też powodu książki długo poprawiam. Ślę po pięciu własnych korektach, a potem i tak widzę w nich błędy. Znajduję po redakcji, po korekcie i w druku. I właśnie dlatego nauczyłam się, by na jakimś etapie przestać je już analizować, bo nie pójdę do przodu z nowymi pomysłami. W tym roku mają się ukazać moje dwie książki. Jedna na pewno wyjdzie w kwietniu. To „Czucie i wiara. Warszawskie duchy, czyli nowe legendy Stolicy.” Jest to historyczny kryminał z duchami, którego tytuł jest zresztą zaczerpnięty, jak widać z Adama Mickiewicza. A z Mickiewiczem jest tak, że im jestem starsza tym bardziej go lubię. Pomijam fakt, że pisząc od razu robię korektę rozdziału. Ja na bieżąco poprawiam wszystkie literówki. Tu zanim książkę posłałam do wydawcy zrobiłam jej trzy korekty. A potem, czytając na przykład fragmenty na spotkaniach autorskich i tak znajdowałam i literówki i nowe niedociągnięcia językowe czy stylistyczne, co powodowało, że łapałam się za głowę. Teraz trwają prace redakcyjne nad książką. Będę ją czytała jeszcze kilka razy przed pójściem do drukarni. Na pewno jeszcze coś znajdę. I obawiam się, że to nie będzie koniec. Jak znam siebie i swoje szczęście to jeszcze coś znajdę tam już po wydrukowaniu i będę rozpaczać.

ZM.: Co uważasz za swoje największe osiągnięcie i co jeszcze planujesz osiągnąć – w życiu, w literaturze?

MKP.: Wiesz co, ty to tak dużo wielkich słów używasz. „Osiągniecie”, „kariera”, „artysta”, „miejsce w literaturze”, a ja nie lubię nadęcia i zadęcia. Piszę bo lubię. Piszę, bo nie wyobrażam sobie życia bez pisania. Tak samo, jak nie wyobrażam sobie życia bez czytania. Za sukces uważam to, że mogę się utrzymywać z tzw. pióra, czyli z pisarstwa i z dziennikarstwa, no i że cały czas mam pomysły. A chciałabym, by mi ich do śmierci nie zabrakło.

Źróło: LiryDram kwartalnik literacki nr (6) 1/2015

Print Friendly